Featured

12/recent

Ślady po Wielkiej Wojnie na Dolnym Śląsku

listopada 11, 2017
I wojna światowa omijała Dolny Śląsk – wówczas stanowił on głębokie zaplecze frontu. Znajdując się jednak w granicach pruskich, dostarczał armii tego kraju rekrutów. W efekcie wielu mieszkańców Dolnego Śląska poległo w walkach toczonych podczas Wielkiej Wojny. Ich pamięć czczono w sposób bardzo różny: pomnikami, głazami, obeliskami, wszelkimi obiektami o charakterze cenotafów, epitafiami, pamiątkowymi tablicami…

Mauzoleum Totenburg w Wałbrzychu poświęcone pamięci 170 tysięcy Ślązaków, którzy zginęli podczas I wojny światowej, ofiarom wypadków w kopalniach i 25 lokalnym bojownikom ruchu narodowo-socjalistycznego. Współczesny widok z góry / fot. Michał Janicki

Pamiętając zaś o poległych daleko Dolnoślązakach, godnie chowano tych, co z daleka trafili na ziemie Dolnego Śląska. Wśród najważniejszych i najbardziej widocznych śladów I wojny światowej znajdowały się obiekty postawione ku czci poległych, w związku z czym było ich bardzo dużo.

Powstawały właściwie w każdej miejscowości.

W niektórych przypadkach w ostatnich miesiącach wojny, w innych – do kilku lat po jej zakończeniu. Obiekty te najczęściej lokalizowano w okolicach budowli sakralnych – kościołów, kaplic, w tym kaplic cmentarnych, często jednak trafiały do centralnych, reprezentacyjnych punktów miejscowości.

Obecnie ciągle znajdują się u nas jeszcze wszelkiego rodzaju upamiętnienia ofiar Wielkiej Wojny. Do czasów współczesnych przetrwała jednak zaledwie część takich pamiątek, na co wpływ przemożny miała II wojna światowa i jej następstwa. Niektóre z nich stoją po dziś dzień, a mijając je, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie jest ich przesłanie.

Pomnik ofiar I wojny światowej na promenadzie w Dzierżoniowie na pocztówce z lat 20. XX wieku. W tle widoczna wieża kościoła św. Jerzego.
Jednymi z częściej używanych sposobów upamiętnienia ofiar Wielkiej Wojny (jak ją wtedy nazywano, gdyż nikt nie przypuszczał że już za 20 lat wybuchnie kolejna) było na pewno stawianie pomników. Ich forma jest bardzo różna, czasami to tylko głaz lub obelisk z odpowiednią informacją, czasami pomnik z wypisanymi nazwiskami wszystkich poległych.

Niektóre są proste w formie, na innych znajdziemy różnego rodzaju ozdabiające je architektoniczne detale. Wśród tych ostatnich pojawiały się: Krzyż Żelazny, wieniec laurowy, hełm, miecze, liście dębu, lew i orzeł oraz wierzba płacząca. Często były ogradzane niskim płotkiem, czasami także odpowiednio rozsadzoną roślinnością (krzewy).

Najprostsze z wyżej scharakteryzowanej kategorii były głazy. 

Do dzisiaj znajdują się one m.in. w Świętej Katarzynie pod Wrocławiem oraz leżącym w powiecie dzierżoniowskim Roztoczniku. W gminie Siechnice w miejscowości Sulęcin przy starej lipie znajduje się natomiast olbrzymi kamień. To także pomnik ku pamięci i czci miejscowych ofiar I wojny światowej. Stoi w pobliżu skrzyżowania dróg, naprzeciw posesji ul. Klonowa 3a. Fundatorem pomnika był właściciel cegielni - Scholz-Babisch. Głaz został przetransportowany do Sulęcina w 1923 roku przez firmę Kellert z Wrocławia. Od 1964 roku chroniony jest jako pomnik przyrody nieożywionej.

W innej dolnośląskiej miejscowości - Karczyce w gminie Kostomłoty - znajduje się relikt cenotafu poświęcony poległym w I wojnie światowej żołnierzom – mieszkańcom Karczyc i okolicznych miejscowości. Został wzniesiony około roku 1918 w centrum wsi, po północnej stronie drogi prowadzącej do zespołu pałacowo-folwarcznego.

Pocztówka z lat 20. XX wieku z czterema widokami ze wsi Karczyce (niem. Kertschütz) koło Kostomłotów. W prawej dolnej części widoczny cenotaf poświęcony poległym w I wojnie światowej żołnierzom - mieszkańcom Karczyc i okolicznych miejscowości z datami 1914-1918.
W kolejnej miejscowości wchodzącej w skład gminy Kostomłoty, Paździorno, znaleźć można pomnik w postaci granitowego obelisku. Został on wystawiony przez mieszkańców wsi ofiarom I wojny światowej. Na czole obelisku umieszczono inskrypcję z nazwiskami poległych oraz datami ich śmierci. Znajduje się w obrębie parku, w jego północno-wschodnim narożu, przy rozwidleniu dróg.

W leżącej nieopodal Paździorna miejscowości Piotrowice jest jeszcze jeden głaz pełniący rolę cenotafu: upamiętniający żołnierzy - okolicznych mieszkańców, poległych w I wojnie światowej, z wyrytymi nazwiskami, wystawiony przez hrabiego Richarda zu Limburg-Strium. Znajduje się przy alei w południowej części parku (w pobliżu stajni).

Podobnie zresztą jak w innych miejscowościach tej gminy: Siemidrożyce, w których także znajdujemy cenotaf – pomnik upamiętniający okolicznych mieszkańców, poległych w wojnie francusko-niemieckiej z lat 1870-71 oraz w I wojnie światowej, wzniesiony ok. 1918 roku, usytuowany przed murem cmentarnym od zachodu.

Oszczędzajcie cokoły. Zawsze mogą się przydać.*

W miejscowości Świdnica Polska znajduje się pomnik ku czci ofiar I wojny światowej, którego powstanie datowane jest na rok 1918. Stoi przy murze cmentarnym. Po 1945 roku został zaadaptowany jako kapliczka z figurą Marii oraz figurą św. Jana Nepomucena (barokową, wykonaną z piaskowca, pochodzącą z 1722 roku), przez co dzisiaj nie od razu widać, jakiej okazji został postawiony.

Podobny do losu pomnika ze Świdnicy Polskiej jest los tego z Leśnicy, dzisiejszej dzielnicy Wrocławia. Monument znajdujący się obok dworca upamiętnia kolejarzy poległych w latach 1945-1946, ale w rzeczywistości jest to pomnik poległych w czasie I wojny światowej niemieckich żołnierzy.

Pomnik poległych w I wojnie światowej we wrocławskiej Leśnicy na zdjęciu z lat 30. XX wieku. Pomnik jest zachowany, po II wojnie światowej przemianowano go ku czci kolejarzy poległych w latach 1945-1946. Znajduje się przy ul. Jana Rubczak nieopodal dworca kolejowego Wrocław Leśnica i mimo że został jakiś czas temu odnowiony, nie prezentuje się zbyt dobrze.
Pomniki stoją jeszcze w wielu dolnośląskich miejscowościach: w Karłowie znajduje się czworoboczny monument z listą poległych, zaś Kondratowice (gmina Święta Katarzyna) oraz Kiełczyn (leżący obok góry Ślęży) mogą pochwalić się pomnikami z podobizną (rzeźbą) leżącego lwa.

Inny pomnik z ozdobą znajduje się we Wrocławiu. Jest to pomnik, którego bok zdobi miecz, a znajduje się na Rędzinie. Umiejscowiono go na trójkątnym skwerze, gdzie ulica Wędkarzy łączy się z ulicą Szachistów. Pomnik jest wykonany z granitu, szeroka podstawa pomnika ma przycięte ukośnie górne krawędzie, na niej spoczywa blok o profilu w kształcie trapezu.

Na obu bokach znajdują się płaskorzeźby przedstawiająca miecz, natomiast na stronie przedniej, umieszczono inskrypcję o takiej treści: Dies Denkmal der Erinnerung geweiht an deutsches Heldentum in Grosser Zeit soll noch die späteren geschlechter Mahnen fürs Vaterland zu stehen gleich den Ahnen (Ten pomnik jest poświęcony pamięci niemieckiego męstwa w wielkich czasach i będzie przypominał następnym pokoleniom, by służyć ojczyźnie tak, jak ich przodkowie.) Z drugiej strony umieszczono listę poległych z datami ich śmierci w kolejności chronologicznej

Pomniki z ozdobnymi elementami, detalami, były zresztą dość często spotykane.

I tak pomnik z detalem - Krzyżem Żelaznym - znajduje się również w Chwalimierzu (pow. średzki). Stoi na skwerze w centralnej części wsi. Ów krzyż jest właściwie jedynym świadectwem czasów, z których pochodzi. Nie zachowała się tablica z listą nazwisk.

Pomnik z mieczem jest także w miejscowości Głoska koło Brzegu Dolnego, zaś ten w Środzie Śląskiej zdobią orzeł i Krzyż Żelazny. W miejscowości Bogdanów w gminie Środa Śląska także zachował się pomnik upamiętniający poległych w I wojnie światowej. Stoi praktycznie w centrum wsi i jest dość w dość dobrym stanie, jednak czas (i farba olejna, którą go wielokrotnie pokrywano) zrobił swoje i dzisiaj trudno odczytać dokładne informacje.

Pocztówka z 1942 roku z miejscowości Głoska (niem. Gloschkau) koło Brzegu Dolnego. W prawej górnej części widać zadbany i otoczony ogrodzeniem pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej. Do dziś zachowała się centralna część pomnika z czytelną tablicą i śladem po mieczu.
O tym, że możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że w naszej okolicy znajduje się upamiętniający poległych w Wielkiej Wojny obiekt, przekonuje historia z niewielkiej podlegnickiej miejscowości. W Wilczycach znajduje się bowiem pomnik z nazwiskami ofiar walk I wojny światowej, odkryty przez mieszkańców zupełnie niedawno, bo w roku 2012. Jego powstanie datuje się na rok 1919.

Jednym z bardziej znanych pomników jest zapewne ten wałbrzyski, który można zobaczyć w dzielnicy Podgórze. Jest to obelisk upamiętniający mieszkańców tej obecnej dzielnicy Wałbrzycha, którzy polegli na frontach I wojny światowej. Został odsłonięty w roku 1919 z inicjatywy rodzin poległych mieszkańców Podgórza.

Oczywiście wyglądał wówczas nieco inaczej, m.in. na jego zwieńczeniu umieszczony był żelazny krzyż. Jak nietrudno się domyślić – strącono go po roku 1945. Próbowano wówczas zdemontować pomnik w całości, jednak potężna żelbetonowa bryła obłożona kamieniami nie poddała się łatwo, przez co ostatecznie ją pozostawiono. Za samym pomnikiem mieścił się dodatkowo tzw. Gaj Bohaterów. Do stojących w drzew były przybite tabliczki z nazwiskami poległych mieszkańców Podgórza.

170 tysięcy Ślązaków poległych podczas I wojny światowej.

Wałbrzych ma jeszcze jedno miejsce, którego powstaniu przypisuje się podobną proweniencję. To Totenburg, który oficjalnie wybudowano w celu upamiętnienia 170 tysięcy Ślązaków poległych podczas I wojny światowej (ale nie tylko, bo także - ofiar wypadków w kopalniach i bojowników ruchu narodowo-socjalistycznego). O tym, czym jednak faktycznie był Totenburg i jaka była jego historia, napiszemy innym razem.

Mauzoleum Totenburg w Wałbrzychu poświęcone pamięci 170 tysięcy Ślązaków, którzy zginęli podczas I wojny światowej, ofiarom wypadków  w kopalniach i 25 lokalnym bojownikom ruchu narodowo-socjalistycznego. Powstał w latach 1936-1938 według projektu Roberta Tischlera z inicjatywy Ludowego Związku Opieki nad Niemieckimi Grobami Wojennymi.

Totenburg znajduje się na wschód od centrum miasta, na północnym zboczu wzgórza Niedźwiadki na wysokości ok. 510-530 m n.p.m. Obydwa zdjęcia z końca lat 30. XX wieku.
Inne formy oddania hołdu tym, co polegli na froncie, to różnego rodzaju tablice pamiątkowe i honorowe (Gedankentaffel, Ehrentaffel) – nie tylko te umieszczane na głazach, ale przede wszystkim te znajdujące się na cmentarzach.

Znajdziemy je na wielu cmentarzach poniemieckich, m.in. w Leśnicy (Wrocław), Szczytnej k. Kłodzka oraz w kościołach. Przykładem takiego kościelnego epitafium może być to z Sośnicy koło Kątów Wrocławskich. Upamiętnia ono poległego Ludwika Scholza (kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego).

W kościołach i na kościelnych murach umieszczano również tablice z nazwiskami poległych na froncie. Ich przykłady obejrzeć można w stolicy województwa dolnośląskiego. Na południowej ścianie południowej wieży wrocławskiej katedry znajduje się tablica z nazwiskami 10 żołnierzy (kamieniarzy, którzy brali udział w budowie, a których później powołano do wojska), zaś w kościele Opatrzności Bożej we Wrocławiu po bokach ołtarza zobaczyć można tablice z nazwiskami poległych.

Jedną z bardziej widocznych tablic tego typu można spotkać w Kwietnie nieopodal Środy Śląskiej. W bocznej ścianie kościoła znajdującego się w tej miejscowości jest duża, bo blisko dwumetrowa tablica. Znajdują się tam nazwiska poległych w walkach z Kwietna i kilku okolicznych miejscowości: Dębica, Ligotka, Szymanów, Wrocisławice. Wymieniono tam 59 osób, a ich nazwiska uzupełnione zostały stopniami i datami śmierci.

Są też wreszcie cmentarze. 

Jedne dedykowane, inne – zawierające zaledwie kilka – kilkanaście grobów żołnierzy Wielkiej Wojny. Do tych pierwszych zaliczyć należy najbardziej chyba znany wrocławski cmentarz położony w okolicy parku grabiszyńskiego. Powstał w roku 1923 i do roku 1928 przeniesiono tam szczątki 1016 żołnierzy i oficerów, którzy dostali się do niewoli po bitwie stoczonej 24 października 1917 roku pod Caporetto z wojskami austro-węgierskimi i niemieckimi. Żołnierzy pochowano w oddzielnych mogiłach.

Cmentarz Żołnierzy Włoskich na wrocławskim Oporowie / fot. Wiśnia, 10 kwietnia 2009 roku (cc-by)
Każda z mogił ma kamienny nagrobek, który zawiera podstawowe dane pochowanego żołnierza: imię, nazwisko, datę urodzenia, datę śmierci oraz przydział służbowy O ile ten wrocławski cmentarz żołnierzy włoskich jest znany i zadbany, o tyle o cmentarzu w Dzierżoniowie niewiele osób wie i pamięta.

Było to miejsce spoczynku dla zmarłych w lazarecie i dla jeńców, dzisiaj prawie nie istnieje i trzeba się sporo natrudzić, by znaleźć jego pozostałości. Na tym cmentarzu pochowano 115 zmarłych żołnierzy z różnych krajów (Niemcy, Rosja, Austria, Serbia i Rumunia). W 1923 roku na terenie cmentarza odsłonięto pomnik poświęcony poległym na frontach I wojny światowej mieszkańcom Dzierżoniowa.

Widoczne są nadal upamiętnienia ofiar walk na wrocławskich cmentarzach. Na cmentarzu osobowickim ok. 100 metrów przed kaplicą cmentarną zaraz przy głównej alei ciągną się kwatery żołnierskie z lat 1916-1918. Wszystkie umiejscowione tam groby mają jednakowe, żelazne, odlewane krzyże z nazwiskiem, stopniem wojskowym i datą zgonu. Przypuszcza się, że są to mogiły żołnierzy z lazaretu. Wskazują na to nazwiska zmarłych: są wśród nich i niemieckie, i … rosyjskie (!). Potwierdzeniem tej hipotezy są także różne daty zgonu poszczególnych żołnierzy.

W powstałym na początku XX wieku cmentarzu na obecnej ulicy Lotniczej (Nowy Cmentarz Żydowski) pamiątki po I wojnie światowej znajdziemy w centralnej jego części. W 1920 wydzielono specjalne pole honorowe dla uczczenia żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy zginęli podczas I wojny światowej. W jego centrum znajdował się pomnik, na jego bocznych ścianach na 8 tablicach wyryto nazwiska 432 poległych żołnierzy.

Także cmentarz na ulicy Bardzkiej we Wrocławiu (Cmentarz Ducha Świętego) wprawnym obserwatorom przypomni o Wielkiej Wojnie. W roku 1922 na owalnym placu tego cmentarza stanął pomnik ofiar I wojny światowej. Składał się z czterech kolumn wykonanych ze sztucznego kamienia, zwieńczonych krzyżami, a na pomniku umieszczone zostały nazwiska poległych na wojennych frontach parafian. Pomnik, chociaż mocno uszkodzony, zachował się do dzisiaj. Jest tutaj też kilka grobów tych, którzy stracili życie na froncie.

Tak naprawdę jednak na wszystkich cmentarzach, których powstanie sięga przed 1939 rok, można odnaleźć podobne pamiątki. Znajdują się one także w tych miejscach, które dawniej taką funkcję pełniły. Przykładem może być Szczytna. W tej niewielkiej miejscowości położonej obok Kłodzka, gdzie na przykościelnym placu, znajduje się grób podporucznika rezerwy Gotfrieda- Hermanna von Lindheim, kawalera Krzyża Żelaznego I klasy. Jest bardzo dobrze zachowany i nadal można odczytać nazwisko poległego z nagrobnej płyty.

Wielu obiektów w tym artykule nie ma.

Oczywiście wskazane tutaj miejsca to zaledwie niewielka część tego, co pozostało. O wielu zapewne nie wiemy i być może kiedyś zostaną odkryte, tak jak np. pomnik w Wilczycach. Jeśli tak się stanie, pozostaje mieć nadzieję, że odkrywcy tych powojennych pamiątek postąpią z nimi tak, jak mieszkańcy Wilczyc. Wszak to ważne dziedzictwo tych ziem i świadectwo ich zawiłej historii.

✎ Jolanta Kluba, 2014

Źródła:
- www.kostomloty.pl/gmina-od-a-do-z.html www.prw.pl/articles/view/23268/Odkyto-pomnik-ofiar-I-Wojny-Swiatowej
- www.przewodnik-wroclawski.blogspot.com/2012/07/pomnik-polegych-w-i-wojnie-swiatowej-na.html
- Śnieżek T., Kiełczyński zakątek, Nieznane zakątki powiatu dzierżoniowskiego i Ziemi Dzierżoniowskiej. Zeszyt historyczno- krajoznawczy, nr 1, Dzierżoniów 2001, s. 11-16
- Śnieżek T., Dzierżoniowskie pomniki poległych, Nieznane zakątki powiatu dzierżoniowskiego i Ziemi Dzierżoniowskiej. Zeszyt historyczno- krajoznawczy, nr 2, Dzierżoniów 2002, s. 5-16
* Burząc pomniki, oszczędzajcie cokoły. Zawsze mogą się przydać - Stanisław Jerzy Lec



W Twojej okolicy znajduje się podobna pamiątka?

A może tam była jeszcze jakiś czas temu, zaś dzisiaj nie ma po niej śladu? Podziel się z nami swoją wiedzą, wiadomościami i zdjęciami, a my opublikujemy to na blogu albo w kolejnym numerze kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. Napisz: redakcja@przystanekd.pl

Z rąk do rąk, czyli 500 lat Reformacji na Dolnym Śląsku

września 23, 2017
Pięćset lat temu na Dolny Śląsk dotarł nowy nurt religijny: Reformacja. Przyniósł ze sobą nowe podejście do wiary, kościoła, powinności wobec Boga. Tezy Lutra, dobitne, dla niektórych brzmiące jak okrzyk „Król jest nagi”, zyskiwały coraz większe rzesze zwolenników.


23 października 1523 Johannes Heß wygłosił w kościele Marii Magdaleny (na zdjęciu) pierwsze we Wrocławiu kazanie ewangelickie i mimo sprzeciwu kapituły katedralnej wkrótce został jego proboszczem. Odtąd będący własnością rady miejskiej kościół był świątynią protestancką. Według niektórych źródeł mogło to być pierwsze kazanie na Śląsku. Inne przyznają pierwszeństwo M. Hoffmanowi, który miał to zrobić już w 1518 roku w Nowym Kościele / fot. Barbara Maliszewska (cc-by-sa)

Spokojne początki

Idea trafiła na podatny grunt: luteranizmem nasiąkała młodzież studiująca w Witteneberdze, gorliwymi apostołami byli augustianie i franciszkanie z klasztorów należących do prowincji saskiej – i to właśnie mnisi z tych zakonów we Wrocławiu jako pierwsi przeszli na protestantyzm. Osobista przyjaźń wiązała także z Lutrem wrocławskich księży-reformatorów, Jana Hessa i Ambrożego Moibana.

W 1519 roku we Wrocławiu zaczęto drukować kazania i pisma Lutra, w ciągu kilku kolejnych lat miasto to stało się centrum druku i sprzedaży książek luterańskich. Duży wkład w podstęp Reformacji na Dolnym Śląsku mieli biskupi wrocławscy, znane są nazwiska Jakuba Salzy (1520-1539), który czuł się biskupem i katolików, i protestantów oraz udzielił pierwszych zatwierdzeń na kaznodziejów, czy jego poprzednika, „najlepszego biskupa stulecia” (opinie Lutra i jego najbliższego współpracownika, Melanchtona) – Jana Turzo (1506-1520).

Biskup Jan Turzo był ciekawą, pełna sprzeczności osobą. Z jednej strony mecenas uczonych i artystów, dobroczyńca studiującej młodzieży i gorący orędownik reform w kościele, organizator reformistycznych synodów, działacz na rzecz reformy szkolnictwa parafialnego, wielki znawca sztuki, kolekcjoner, z drugiej – otaczający się luksusem i przepychem władca renesansowego dworu. 

Podobnie rzecz się miała w okresie zwierzchnictwa biskupa Baltazara z Promnicy (1539-1562), który jawnie sprzyjał luteranizmowi i uważał się – podobnie jak Salza – za zwierzchnika duchownych katolickich i luterańskich, żadnych nie dyskryminując, nie napominając. W efekcie działalności i nastawienia biskupów wrocławskich Melanchton nazwał Kościół wrocławski „najspokojniejszym Kościołem na terenie ówczesnej Rzeszy niemieckiej”.

Tyle w sferze mentalnej, „ulotnej”. Co działo się dalej? Nowa wiara rozpowszechniała się na kolejnych obszarach i zostawiała za sobą trwałe ślady. W księstwie świdnicko-jaworskim, brzesko-legnickim i głogowskim katolicyzm został zdziesiątkowany. Podobnie w dwóch księstwach biskupich – Grodkowie i Nysie.

Wielkimi protektorami luteranizmu byli: książę ziębicki i oleśnicki Karol I (1476-1536) i książę brzeski i legnicki Fryderyk II (1480-1547). Pierwszy na protestantyzm nie przeszedł, drugi – w 1523 roku zerwał z kościołem katolickim i opierając się na prawie książęcym ius circa sacra (prawo do rzeczy świętych) i na prawie patronatu, narzucił siłą obu księstwom protestantyzm. Usunięto duchownych katolickich, majątki kościelne i klasztorne przeszły na własność księcia.

Reformy w sferze religii, nowe rozumienie prawd wiary i nowe formy jej wyznawania znalazły odzwierciedlenie w architekturze i sztuce sakralnej. Zaczęło się od tego, że to Bóg i jego słowo, wiara i wierność jej zasadom stało się najważniejsze, na dalszy plan spychając bogatą „oprawę” tak powszechną w kościołach katolickich.

Jedni reformatorzy byli w swych poglądach bardziej, inni mniej skrajni. Jedną z pierwszych rzeczy wziętych pod lupę kwestii było miejsce kultu, czyli „kościół”. Wszak Jezus powiedział: „…gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam jestem wśród nich” (Mt 18,20) – miejsce więc nie ma znaczenia!

Zurychski reformator Zwilgle uważał, że konieczne jest jedynie głoszenie słowa bożego, więc nie jest niezbędne ani specjalne miejsce kultu, ani ołtarz, a dzieła sztuki i muzyka kościelna nie ma żadnego znaczenia dla gminy (co nie znaczy, że zakazywał sztuki czy muzykowania). Nurt ten na obszarze Dolnego Śląska i Łużyc był nieznany.

Kalwin uznawał potrzebę istnienia miejsca spotkań o charakterze sakralnym, lecz miało to być miejsce pozbawione wszelkich okazałych i kosztownych ozdób – jedyną ozdobą świątyni miała być skromność, pobożność i cnoty ludzi w niej zgromadzonych.

Dlaczego o tym piszę? Żeby wyjaśnić znane przypadki opróżniania przejętych kościołów z wyposażenia i ozdób. Dla Lutra kształt budowli oraz wszelkie „ozdobniki” kultu (obrazy, ozdoby, muzyka) były „adiaphora” czyli obojętne, ani dobre, ani złe, a samo wyznaczenie miejsca spotkań – zboru, „kościoła” - stanowiło odpowiedź na „niedoskonałość ludzkiej natury”, jego istnienie miało znaczenie czysto pedagogiczne.

Idzie nowe, wraca stare

Często zdarzało się, że cała parafia, wraz z księdzem, postanawiała przyjąć Reformację, ale sam kościół jako budynek pozostawiano bez zmian - było to bardzo częstą praktyką. Bywało też, że część wyznawców przyjmowała Reformację, cześć pozostawała przy katolicyzmie, a istniejący kościół służył równolegle obu wyznaniom (stąd „kościoły symultaniczne” czyli Simultankirche).

Nurt Reformacji na Dolnym Śląsku był spokojny, łagodnie opływał na przestrzeni lat kolejne miejsca. Wierni poszczególnych wyznań zgodnie współegzystowali, dogadywali się świetnie duchowni w parafiach - dopóki nie mieszano w to zasady cuius regio, eius religio czyli "czyj kraj, tego religia".  Gdy ją wmieszano - dochodziło do sytuacji, gdy raz protestanci przejmowali świątynie od katolików, raz – katolicy odbierali je protestantom. Mury pozostawały te same, zmieniali się ludzie i wyposażenie.

Zaglądając do kościołów, czytając ich historię wypisaną na tablicach informacyjnych czy w przewodnikach, czasem można trafić na informację, że ten czy ów kościół przechodził z rąk do rąk; że wyposażenie nie jest oryginalne, bo to pierwotne zostało usunięte, gdy kościół przejęli protestanci, że wywieziono je w inne miejsce i nigdy już nie wróciło lub – odwrotnie – że świątynia była wybudowana jako ewangelicka, przekazano ją katolikom i na przestrzeni lat wzbogacano jej wystrój. 

W całym tym zamęcie niemal na 100% w świątyniach pozostały na swoim miejscu trzy elementy (tzw. „triada liturgiczna”), wspólne, nienaruszalne dla obu wyznań: ołtarz i chrzcielnica (wg doktryny protestanckiej rangę sakramentu ma jedynie chrzest i Wieczerza Pańska) oraz ambona.

Katolicy, opuszczając kościół, zwykle zabierali ze sobą obrazy, rzeźby, księgi czy naczynia liturgiczne, ewangelicy zaś w większości miejsc pozostawiali po sobie coś, co nazywano "Biblią dla ubogich" (Biblia Pauperum): na emporach umieszczano obrazy – sceny ze Starego i Nowego Testamentu wraz z tzw. "adresem biblijnym", czyli numerem księgi, rozdziału i wersetu, który opisywał namalowaną scenę. Szczególnie cenny wystrój wnętrz zachował się do dziś w Pielgrzymce, Nowej Wsi Grodziskiej, Pogorzeliskach, Kościelcu – warto odwiedzić te miejsca.

W kontekście budownictwa sakralnego ważne są dwa momenty dziejów protestantyzmu na Dolnym Śląsku. Pierwszy - czas zawarcia pokoju westfalskiego (1648), kiedy to śląscy ewangelicy uzyskali prawo do wybudowania trzech kościołów, nazwanych później "Kościołami Pokoju": w Głogowie (nie istnieje, spłonął od uderzenia pioruna), w Jaworze oraz w Świdnicy.

Kościół Pokoju w Jaworze / fot. Marek Tramp
Kościół Pokoju w Świdnicy / fot. Dariusz Iwaniec
Drugi ważny czas dziejów to okres, gdy po latach spokojnej koegzystencji obu wyznań Habsburgowie – właśnie na zasadzie cuius regio, eius religio – zaczęli masowo odbierać ewangelikom ich świątynie, zapoczątkowując tym samym exodus ewangelików do suwerennych księstw, które pozostały przy protestantyzmie. Były to księstwa: brzeskie, oławskie, legnickie oraz miasto Wrocław.

Wówczas to pojawiły się pojęcia takie, jak "kościół ucieczkowy" (na obszarze Dolnego Śląska i w rejonach bezpośrednio z nim graniczących zachowało się ich około 110) i "kościół graniczny" czyli Grenzkirche (tych zostało jeszcze kilkanaście).

Kościołami ucieczkowymi były z reguły opuszczone przez katolików kościoły leżące przy granicy. Adaptowano je dla potrzeb ewangelików (często przeprowadzano szybkie prace zabezpieczające czy remontowe), dodawano charakterystyczne empory, pozwalające pomieścić jak największą liczbę wiernych. Często owe empory były dziełami sztuki snycerskiej czy – jak wspomniałam wyżej – istną galerią obrazów.

Wyznawcy docierali w te miejsca, na wspólną modlitwę czasem z dużych odległości. Wśród kościołów ucieczkowych można wymienić kościół w Krzywej koło Bolesławca, Twardocicach, Pielgrzymce, Proboszczowie, Nowej Wsi Grodziskiej koło Złotoryi, Starych Drzewcach , Kościelcu, Trzęsowie, Gawronkach, Orsku, Kębłowie, Wąsoszy, Szlichtingowej, Obornikach Śląskich.

Kościoły graniczne w większości wznoszono od podstaw. Nie miały one podziału na nawy, obszerne wnętrza zabudowywano kilkupiętrowymi emporami, z reguły posiadały bogaty wystrój malarski i ambonę usytuowaną tak, by słowo boże było słyszalne w każdym miejscu kościoła. Czasem ambona łączyła się z ołtarzem (mówi się wtedy o Kanzelatlar – ambonie ołtarzowej.

Kościół w Krzywej koło Bolesławca / fot. Bogdan Adler
Ruiny kościoła w Proboszczowie / fot. Bogdan Adler
Kościół św. Jana Nepomucena w Pielgrzymce, niegdyś ucieczkowe / fot. Marek Tramp

Zapomniana współczesność

Dziś często, tak jak i kościoły ucieczkowe, zatraciły one swój specyficzny charakter, bowiem po 1945 roku wszystkie znalazły się w rękach katolików. Niektóre, jak ten w Jałowcu czy Pobiednej, zniszczone przez mieszkańców po 1945 roku, padły ofiarą niedouczenia nowych włodarzy tych ziem, którym to protestantyzm kojarzył się z Niemcami, Niemcy zaś byli "pokonanymi wrogami" i "okupantami", a więc wszystko, co niemieckie należało unicestwić. Bez wyjątku. Na przykład kościół w Wieży koło Gryfowa Śląskiego został podpalony w 1946, ruiny dotrwały roku 1967, wówczas je rozebrano. Ocalał tyko dzwon, wywieziony do Bambergu nad Menem.

Kolejne kościoły graniczne były w Wolimierzu, Giebułtowie koło Mirska (jeden z najcenniejszych, niestety – dokonano tu karygodnych zniszczeń w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to włodarze parafii katolickiej zadecydowali m.in. o rozebraniu empor), w Biedrzychowicach, Kościelniku, Lubaniu (obecnie kościół luterański), Tomisławiu, Lipnie, Wesołej koło Bolesławca, Trzmielowej koło Lubina, Śmieszkowie koło Sławy Śląskiej, Złotnikach.

Wzmianki o tym, że działający dziś jako katolicki kościół był kiedyś "ucieczkowym" czy "granicznym", spotyka się bardzo rzadko, w pojedynczych zachowanych dokumentach. Kwestii kościołów ewangelickich i poewangelickich długo nie poruszano. Były, a jakby ich nie było.

Dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nieżyjący już podróżnik i działacz PTTK, prof. Krzysztof R. Mazurski, sporządził pionierską inwentaryzację tych obiektów na Dolnym Śląsku i opublikował ją w czterech kolejnych numerach Informatora Krajoznawczego (wydawanego przez Wrocławski Oddział PTTK; chodzi o numery z roku 1989 i 1990).

Dziś oczywiście jest ona już w dużym stopniu nieaktualna, choćby dlatego, że w ciągu tych ponad 25 lat, które minęły od tamtego czasu, niektóre kościoły odbudowano, innym zmieniono funkcję na niesakralną, a jeszcze inne popadły w całkowitą ruinę. Daje jednak pewien obraz problemu.

Przystanek Dolny Śląsk nr 3(16)/2017 jesień (artykuły dostępne bezpłatnie)
Niniejszy artykuł miał skrótowo pokazać to, co się odcisnęło ślad na architekturze sakralnej Dolnego Śląska na przestrzeni kilku wieków, gdyż jesienny numer kwartalnika "Przystanek Dolny Śląsk" zdecydowaliśmy się w dużej części poświęcić właśnie pięćsetleciu Reformacji. Chcemy zachęcić Was do innego spojrzenia na miejsca, które znajdują się na trasach wędrówek. Głodnych informacji zapraszamy do lektury kolejnych artykułów, wpisów na naszym blogu, na profil na facebooku oraz do grupy "Przystanek Dolny Śląsk", w której grono zapaleńców dzieli się zdjęciami i informacjami na temat miejsc, o których istnieniu większość wciąż nie ma pojęcia. Temat trudno wyczerpać, dlatego liczymy także na Wasze odkrycia i informacje: redakcja@przystanekd.pl

✎ Iwona Błach, 2017

Uzdrowisko wśród świerków

września 10, 2017
Historia Świeradowa-Zdroju zaczyna się tak naprawdę od momentu, kiedy ludzie dostrzegli zalety tutejszych źródeł. O wodach z tych okolic i ich niezwykłych właściwościach wspominały już legendy plemion słowiańskich sprzed prawie 1000 lat. 

Widok z wieży Domu Zdrojowego na główny deptak zdrojowy.

Pierwsza pisemna wzmianka o Świeradowie-Zdroju pochodzi natomiast z okresu nieco późniejszego, bo z XVI wieku. Wtedy, a dokładnie w roku 1572, śląski medyk Leonard Thurneysser w swojej rozprawie pisał o świeradowskich wodach mineralnych, określając je mianem „świętych”. Nieco później, w roku 1600, jeleniogórski medyk miejski Caspar Schwenckfeld (słynny „Pliniusz Śląski”) opisał kwaśne wody mineralne bijące ze źródła pod Wysokim Lasem (niem. Hohwald lub Laubaner Hohwald) i nazwał je „piwnym zdrojem” (jest to dzisiejsze źródło „Górne”).

W drugiej połowie XVII wieku (1689 rok) Fryderyk Luca napisał w „Kronice śląskiej”, że świeradowskie wody cieszyły się popularnością z uwagi na zawarty w nich gaz (dwutlenek węgla). Najpierw jedynie je pito, później zaczęto używać również do kąpieli. Właścicielami Świeradowa-Zdroju byli Schaffgotschowie i to oni zapewnili uzdrowisku trwały rozwój.

Już w pierwszej połowie XVIII wieku powołali – z inicjatywy doktora Weista - pięcioosobową komisję lekarską dla zbadania właściwości leczniczych tutejszych wód. Badania te wykonano w latach 1738 i 1739. Wspomniane źródła pod Wysokim Lasem ocembrowano dopiero w połowie XVIII wieku (1754 rok), w wyniku czego powstały trzy kryte dachem studnie.

Willa Szarotka, budynek zarządu Uzdrowiska.
Świeradów-Zdrój posiada do dziś ogromną ilość zachowanej dawnej zabudowy uzdrowiskowej.

Złoty wiek uzdrowiska

Rok później pojawili się w uzdrowisku pierwsi goście. W roku 1768 poprawiono obudowę „Górnego Źródła” tworząc jednocześnie drewniany pawilon – schronienie dla kuracjuszy. Schaffgotschowie zajęli się również budową domów kuracyjnych oraz obiektów uzdrowiskowych. W latach 1838-1839 wybudowano Łazienki Leopolda (obecnie Centrum Rehabilitacji i Reumatologii „Goplana”), a w 1878 zaczęły się prace nad Łazienkami Ludwika (zlokalizowanymi w pobliżu odkrytego w roku 1811 źródła „Dolnego”).

Efektownym zakończeniem tych prac rozbudowy kurortu było postawienie na sam koniec XIX wieku, w roku 1899, nowego Domu Zdrojowego (pierwszy, zwany „starym”, pochodził jeszcze z wieku XVIII). Wówczas też powstała najdłuższa na Dolnym Śląsku hala spacerowa z drewna modrzewiowego (80 m długości, 14 m wysokości i 14 m szerokości), którą możemy podziwiać do dzisiaj.

Koniec XIX wieku to także okres urządzenia zakładu kąpieli borowinowych, z których uzdrowisko słynie do dzisiaj. W roku 1903 powstały „Łaźnie Marii”, czyli obecny Zakład Borowinowy. W początkowych latach XX wieku oddano do użytku źródło „Zofia”.

Okres międzywojenny zaznaczył się w historii uzdrowiska jako okres prosperity. W latach tych w Świeradowie-Zdroju znajdował się Dom Zdrojowy z 70 pokojami, Łazienki Leopolda z 50 pokojami, 23 restauracje, gospody i kawiarnie, 128 pensjonatów, 9 garaży samochodowych, wypożyczalnie samochodów, poczta, telegraf, rozmównica publiczna, obiekty rekreacyjno-sportowe, obiekty handlowe, a także prywatne kolegium nauczycielskie.

Jak w wielu innych miejscowościach, tak i tu ruch turystyczny wzmógł się wraz z powstaniem kolei. Linia kolejowa do Bad Flinsberg dotarła w roku 1909 i połączyła miejscowość bezpośrednio z Berlinem. Jednotorowa linia, funkcjonująca do 1911 roku jako kolejka wąskotorowa, w planach miała zostać przedłużano aż do Szlarskiej Poręby. Niestety do tej inwestycji ostatecznie nie doszło.

Nowy początek

Usytuowanie miejscowości zadecydowało też o tym, że do roku 1944 uzdrowisko funkcjonowało normalnie. Dopiero ostatnie miesiące II wojny światowej przyniosły zmiany, a jej kres otworzył nowy rozdział w historii uzdrowiska. Wkroczyło ono weń z nazwą Wieniec-Zdrój, jednak nie nosiło jej długo. W roku 1946 wprowadzono zmianę nazwy Wieniec-Zdrój na Świeradów-Zdrój. Warto także zaznaczyć, że właśnie wtedy, w roku 1946 nadano mu prawa miejskie.

Również w roku 1946, 26 maja, otwarto pierwszy powojenny sezon leczniczy. I tak rozpoczęły się dekady Funduszu Wczasów Pracowniczych, wczasowych wyjazdów do uzdrowiska i zmian, z których nie wszystkie wyszły miejscowości na dobre... To jednak już historia. W 260. rocznicę pierwszego ocembrowania źródeł „Górnych”, w miejscu pierwszej studni, utworzone zostało Muzeum Górnictwa Uzdrowiskowego.

Wprawdzie przemiany ustrojowe rozpoczęły się już ćwierć wieku temu, jednak dla Świeradowa- Zdroju dopiero rok 2011 oznaczał kolejny „nowy początek”. Uzdrowisko Świeradów-Czerniawa stało się częścią Polskiej Grupy Uzdrowisk. Co dzisiaj oferuje kuracjuszom i turystom?

Poza Domem Zdrojowym, który tradycyjnie ma każde uzdrowisko, Świeradów-Zdrój może poszczycić się nowym hotelem zdrojowym Sanus, który stanowi bardzo ciekawe połączenie nowego ze starym. Ma 120 miejsc w 60 pokojach, które rozmieszczone są nierównomiernie w dwóch częściach budynku: starej zabytkowej i nowej, dobudowanej przy adaptowaniu budynku na potrzeby hotelu (19 i 41 pokoi). Części te łączy taras, z którego rozciąga się przyjemny widok i na którym wypoczywać mogą hotelowi goście.

Hotel ma także strych, który został zagospodarowany w ciekawy sposób. Otóż nie funkcjonuje jako skład nieużywanych w danej chwili przedmiotów, ale stworzono na nim klub dla dzieci i dorosłych. Maluchy bawią się tutaj pod okiem opiekunów. Z uwagi na fakt, że latem i zimą przyjeżdża do Świeradowa-Zdroju dużo rodzin z dziećmi, takie miejsce jest ważne. Hotel dysponuje również niewielką salą konferencyjną wyposażoną we wszystkie niezbędne w takim miejscu udogodnienia, na zapleczu której znajduje się niewielkie pomieszczenie z sofą i… piłkarzykami – by porozmawiać w ciszy i z dala od innych gości lub odprężyć się po wyczerpujących dyskusjach.

Wprawdzie Sanus to hotel, jednak – hotel zdrojowy, toteż znajdziemy tutaj więcej niż w standardowych tego typu miejscach. Jest SPA, jest odnowa biologiczna, ale jest i lekarz, dzięki czemu mamy pewność, że korzystając z naturalnych bogactw uzdrowiska nie wyrządzimy sobie niechcący krzywdy.

Dom Zdrojowy od strony deptaku.
Wnętrze nowego hotelu zdrojowego "Sanus".

Jedziemy na leczenie

Do Świeradowa-Zdroju warto przyjechać na kilku- lub kilkunastodniową kurację, podczas której skorzystać można z kompleksowego oddziaływania na ten organ, który nam najbardziej doskwiera. Kręgosłup, reumatyzm, rehabilitacja po złamaniu – w każdym z tych (i wielu innych) przypadków lekarze i terapeuci dopasują odpowiednie ćwiczenia i zabiegi. Jeśli zaś doskwiera nam przede wszystkim przemęczenie i stres, w miejsce zabiegów leczniczych zaordynowane zostaną rozluźniające i odprężające kąpiele, spacery oraz seanse w saunie hotelu zdrojowego.

Profil leczniczy Uzdrowiska Świeradów-Czerniawa jest bardzo szeroki, obejmuje schorzenia z zakresu ortopedii, neurologii, reumatologii, kardiologii, angiologii i osteoporozy. Uzdrowisko Świeradów-Czerniawa jako jedno z ostatnich w Polsce stosuje zabiegi z prawdziwej 5-centymetrowej borowiny. Cieszą się one sporym zainteresowaniem – miesięcznie zużywa się około 24 ton borowiny!

Czym jest ta magiczna borowina i jakie ma właściwości? Borowina to po prostu torf, który miesza się z wodą – tak, by można ją było podgrzać. I taka ciepła stosowana jest na skórę w celu leczenia schorzeń narządów ruchu, otyłości, a także schorzeń ginekologicznych. Tego typu tradycyjne zabiegi trwają kwadrans.

W ubiegłym roku w Świeradowie-Zdroju odbył się międzynarodowy kongres balneologiczny, zaś przedstawiciele uzdrowiska biorą udział w różnych seminariach, konferencjach i sympozjach naukowych. Jednym z sukcesów działalności naukowej jest uznanie borowiny za odpad niemedyczny. Dzięki temu koszty jej utylizacji są znacznie niższe, a biorąc pod uwagę ilości borowiny zużywane miesięcznie podczas zabiegów, ma to niebagatelne znaczenie. Dodajmy dla porządku, że zużyta borowina po wykonaniu zabiegu balneologicznego nie zmienia składu fizykochemicznego i nie jest materiałem zakaźnym, co potwierdzone zostało wynikami przeprowadzonych badań mikrobiologicznych.

Poza borowiną tradycyjną stosuje się również zabiegi z borowiny „paczkowanej”, która jest podgrzewana w piecu - otwiera się folię i przykłada się borowinę do ciała. Są to pakunki jednorazowego użytku, o czym warto pamiętać! Zdarza się jeszcze często, że niektórzy „specjaliści” zaoferują okładanie borowiną w folii, wówczas możemy być pewni, że zabieg taki nie zadziała! Foliowane paczuszki są jednorazowego użytku.

Świeradów-Zdrój znany jest również ze świerku, a właściwie - kąpieli świerkowych, podczas których można zanurzyć się w wodzie z dodatkiem wyciągu kory świerkowej. Takie działające relaksująco kąpiele, poprawiające wygląd skóry (zwiększają jej napięcie), polecane są także na schorzenia układu oddechowego.

Zbawienna promieniotwórczość


Jednak świeradowskie uzdrowisko najbardziej znane jest z radu. Radoczynność źródeł na stoku Wysokiego Grzbietu odkrył w roku 1933 inżynier o nazwisku Schmidt, pełniący funkcję burmistrza ówczesnego Bad Flinsberg. To jego odkryciu – nieulegającej rozkładowi martwej żaby w kałuży źródlanej wody – uzdrowisko zawdzięcza unikatowe kuracje radoczynne oraz dzisiejszy swój symbol i coraz popularniejszą maskotkę, czyli żabę właśnie.

Nic więc dziwnego, że spacerując po miasteczku, nierzadko natknąć się można na różne żabki – zachęcamy do ich poszukiwania! Dodajmy, że ów symbol ma swój żywy odpowiednik: żabka Kwisia jest też we wrocławskim ogrodzie zoologicznym i od 1 maja 2010 roku opiekuje się nią właśnie miasto Świeradów-Zdrój. W późniejszych latach źródeł zawierających radon odkryto jeszcze kilka i nadano im nazwę źródeł im. Małżonków Curie. Wodę z nich gromadzono we wspólnym zbiorniku, z którego następnie dostarczano ją do Zakładu Kąpieli Radoczynnych.

Obecne Uzdrowisko Świeradów-Czerniawa jest jedynym polskim uzdrowiskiem, które udostępnia znajdujące się pod pijalnią wody mineralnej piwnice, w których znajdują się studnie z radoczynną wodą mineralną. W miejscu tym można dowiedzieć się bardzo dużo na temat ich składu oraz leczniczych właściwości. Ale nie tylko: można bowiem także poznać historię uzdrowiska, przyjrzeć się ciekawym mozaikom z kamieni (łupków serycytowych oraz granitów), malowidłom o tematyce zdrojowej oraz strzegącym niejako miejsca piaskowcowym figurom św. Barbary i Skarbka (ciekawe, kogo w nich rozpoznacie...).

Tu warto wspomnieć, że Uzdrowisko Świeradów-Czerniawa rozwija nie tylko działalność uzdrowiskową i turystyczną, ale również naukową. Prowadzone są badania z uniwersytetem medycznym we Wrocławiu na temat wpływu radonu na organizm człowieka. Uzdrowisko jest członkiem Klastra Polski Radon, który za cel działania stawia sobie stworzenie na Dolnym Śląsku nowoczesnego, krajowego centrum lecznictwa radonowego.

Poziom radu w wodzie i powietrzu jest codziennie monitorowana. Radonowe są tutaj zatem kąpiele, zarówno zbiorowe, jak i indywidualne. Są ponadto inhalacje radoczynne oraz płukanie przyzębia wodą z radem. Kąpiele są chyba najczęściej stosowane, a zażywając ich, można podziwiać „zabytki” sprzed wojny. Zakład radoczynny dysponuje bowiem szeregiem wanien pamiętających jeszcze czasy Bad Flinsberg. Są to różne wanny kolorowe (żółta, szara, różowa) oraz piękna dwuosobowa wanna. Jak opowiadał nam pan Witold Dziekan, kierownik Zakładu Przyrodoleczniczego w Uzdrowisku Świeradów-Czerniawa – wiele razy przymierzano się już do jej usunięcia, jednak ciągle zapada decyzja o jej pozostawieniu, głównie z uwagi na gości, którzy przyjeżdżając chcą właśnie z niej skorzystać.


Paczuszki borowiny gotowe do użytku.
Podwójna wanna do kąpieli radonowych. 
Jedziemy na weekend

Ale co w sytuacji, kiedy praca zawodowa lub obowiązki rodzinne nie pozwalają nam na tak długi pobyt w uzdrowisku? Radzimy zajrzeć przynajmniej na weekend. Nawet taki trzydniowy pobyt będzie miał zbawienny wpływ na nasz organizm – pozwoli nam zatrzymać się na chwilę, odpocząć, skorzystać ze SPA lub wybranych zabiegów leczniczych.

W ciągu tych kilku dni personel uzdrowiska nauczy też jak siedzieć, jak się ruszać, co znajdzie być może przełożenie na zwykłe codzienne funkcjonowanie i korzystnie wpłynie na poprawę zdrowia i jakości życia. Ta zauważalna, nawet po kilku zaledwie dniach, zmiana spowodowana jest także wpływem klimatu: silnie bodźcowego, stymulującego, porównywalnego z alpejskim. W Czerniawie właśnie z uwagi na ów klimat wyspecjalizowano się w leczeniu dzieci w zakresie usuwania metali ciężkich z organizmu. Pobyt tutaj przynosi naprawdę bardzo dobre efekty.

Uzdrowisko tętni życiem, a wielość i różnorodność atrakcji sprawiają, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, także oferty których nikt z górskim uzdrowiskiem by nie skojarzył. W zakładzie przyrodoleczniczym kuracjuszom mogą odbyć sesje relaksacyjne przy… tężni. Tak, to Świeradów- Zdrój, a nie Ciechocinek. Tężnia wprawdzie niewielka, umieszczona w specjalnym pomieszczeniu i raczej trudno wokół niej spacerować, ale wrażenia niezapomniane, a dobroczynne oddziaływanie zauważalne. Lubią tam przebywać i pacjenci, i pracownicy uzdrowiska.

Jak już się zrelaksujemy, warto wyjść na spacer, by podziwiać piękną historyczną zabudowę uzdrowiska. Z pewnością zaliczyć należy spacer deptakiem, który nie tak dawno był jeszcze zwyczajną ulicą, a dzisiaj, wyłączony z ruchu kołowego, pozwala mieszkańcom i gościom przechadzać się w samym sercu kurortu.

Podczas spaceru koniecznie trzeba pogłaskać żabki, umiejscowione przy znajdującej się naprzeciwko budynku Zarządu Uzdrowiska fontannie (są cztery i każda zapewnić ma powodzenie w innej sferze życia – sprawdźcie, w jakiej!). Są także cykliczne imprezy, jak np. przeglądy orkiestr, w tym najbardziej chyba znany przegląd orkiestr wojskowych oraz młodzieżowych orkiestr dętych. Ponadto, odbywają się różne koncerty, muzyka towarzyszy kuracjuszom właściwie na każdym kroku, niczym w dawnym kurorcie, w XIX wieku, gdy kuracjuszom w zdrojach od samego rana umilała życie muzyka.



Widok na Świeradów-Zdrój i kolej gondolową ze Stogu Izerskiego.
Droga w kierunku Szklarskiej Poręby.

Jak dotrzeć?

Do Świeradowa-Zdroju niestety pociągiem już nie dojedziemy. Decyzję o zawieszeniu ruchu pasażerskiego podjęto 30 listopada 1995 roku, a ostatni pociąg ze stacji Świeradów-Zdrój odjechał 11 lutego 1996 roku o godzinie 17:00. Dziś odcinek od Mirska jest nieprzejezdny, natomiast tory prowadzące przez Świeradów aż do położonego w kierunku Szklarskiej Poręby przystanku Świeradów Nadleśnictwo rozebrano.

Transport autobusowy też nie zachwyca. Jako tako jest wyłącznie w dni robocze (niecałe 10 połączeń z Lubaniem i kilkanaście z Jelenią Górą oraz 3 z Wrocławiem). W soboty zostaje połowa kursów do Jeleniej Góry, 3 do Wrocławia, zaś w niedziele 1 do Jeleniej Góry i 2 do Wrocławia przez Gryfów Śląski, Lwówek Śląski i Złotoryję.

Pewną nadzieję stwarza wprowadzana w Świeradowie-Zdroju komunikacja miejska, która ma zostać wydłużona do Szklarskiej Poręby, gdzie mamy do dyspozycji około 10 połączeń kolejowych i 2 razy tyle autobusowych.

Natomiast jeśli chodzi o noclegi to nie ma tutaj większych problemów i można znaleźć coś na każdą kieszeń. Od tanich pensjonatów (ok. 50 zł / za dobę / za osobę) do bardzo luksusowych hoteli, nawet czterogwiazdkowych.

Znajdź dobry nocleg w Świeradowie-Zdroju

tekst: Jolanta Kluba, zdjęcia: Wojciech Głodek

Przeminęło z wiatrem

sierpnia 28, 2017
Wakacje dawno już wyciągnęły wszystkich wędrowców z domu. Pora pachnąca sianem, czas odpoczynków przy drodze. Czas dobry, bo pozwala zauważyć rzeczy, na które zwykle – w pośpiechu – nie zwraca się uwagi. 

Dzisiaj parę słów o wiatrakach…

Wiatrak w Gogołowie / fot. Bogdan Basisko Adler
Naonczas spostrzegli trzydzieści lub czterdzieści wiatraków na tym polu. Ujrzawszy je, Don Kichote powiedział do giermka: - Fortuna sprzyja naszym zamiarom bardziej, niżbyśmy pragnąć mogli…

Nie będziemy szukać tych występujących „stadami”, po kilka, kilkadziesiąt, ale tych, które jeszcze gdzieś tam stoją samotnie, zbudowane dawno temu, by mielić zboże i zapewnić dostatek i prestiż właścicielowi. Jeśli więc będziecie podróżowali po Dolnym Śląsku, jeśli zatrzymacie się i zobaczycie gdzieś samotny szkielet albo poszarpane śmigi… pomyślcie, że „Fortuna sprzyja…” - znaleźliście właśnie jeden z charakterystycznych niegdyś elementów dolnośląskiego krajobrazu.

Koźlak w Buszkowicach

Jadąc drogą krajową 292 ze Ścinawy w kierunku Cedyni przejeżdżamy przez wieś Buszkowice. Na południe od zabudowań, na prawo od drogi, na szczycie niewielkiego wzniesienia wśród pól stoi samotny wiatrak-koźlak z 1812 roku. Dojazd jest dobrze oznakowany. Był to jeden z dwóch działających wówczas w tej wsi wiatraków (drugi stał kiedyś ok. 200 m od niego, na zachód; nie ma po nim śladu poza znaczkiem na mapach do lat trzydziestych XX wieku).

"Koźlak" oznacza, że jest to wiatrak bez podmurówki, trzon jego konstrukcji stanowi umieszczona centralnie oś pionowa, umocowana w koźle, czyli dwóch skrzyżowanych belkach i podtrzymywana czterema zastrzałami. Oś umożliwia ustawienie go pod wiatr. Charakterystyczny jest także dyszel, służący do obracania wiatraka.

Buszkowicki koźlak ma konstrukcję słupowo-szkieletową, drewniane ściany, dwuspadowy, kryty gontem dach. Aktualnie jest pozbawiony śmigieł (zabrakło na nie pieniędzy w czasie ostatniego remontu w 2013 roku).

Po przeciwnej stronie względem śmigieł znajduje się wspomniany wcześniej drąg do obracania bryły. Od tej strony znajduje się także ganek ze schodami oraz – ponad nim – żuraw do transportu ziarna i mąki. Doświetlone kilkoma prostokątnymi oknami wnętrze jest podzielone na trzy kondygnacje: najniższa to cztery kozły wspierające sztember (pionowy słup o średnicy około 1 metra, na którym obraca się "koźlak"), środkowa z urządzeniami do przesypywania i odsiewania mąki, najwyższa – z mechanizmem koła palecznego (napędzającego kamienie).

Większość wyposażenia jest w dobrym stanie, kamienie wykonane w warsztacie Gottwalda w Głogowie. Obecny stan i ostatni generalny remont ten obiekt zawdzięcza sołtysowi Buszkowic, panu Janowi Śliwie, który zdobył środki na renowację tego zabytku. Interesujący jest ślad po przeróbce wiatraka – zachował się wykop z kołem przenoszącym napęd z maszyny parowej lub silnika spalinowego.

Wiatrak w Buszkowicach / fot. Bogdan Basisko Adler

Miejsce podłączenia dla innego napędu / fot. Bogdan Basisko Adler

Leżące na zewnątrz koło młyńskie / fot. Bogdan Basisko Adler

Holender w Gogołowie

Około 10 km od Świdnicy leży miejscowość Gogołów. Już z daleka można zobaczyć dumnie sterczące ku niebu śmigła i mocno zarysowaną sylwetkę tutejszego wiatraka. Gospodarze tego miejsca mówią o nim "Wiatrak Gogołów pod Ślężą". Rzeczywiście, na Ślężę stąd przysłowiowy rzut beretem…

Jest to wiatrak typu holenderskiego, ceglany, pokryty gontem, o nieruchomym korpusie i ze specyficznym dachem, który obraca się o 360 stopni, umożliwiając ustawienie śmigieł idealnie pod wiatr. Został tu wybudowany w 1830 roku (niektóre źródła podają rok 1857).

Jak większość dolnośląskich wiatraków, popadł w ruinę. Po II wojnie światowej traktowany jako "magazyn budulca", w końcu XX wieku trafił w ręce prywatne, dziś jest świetnie utrzymany i stanowi atrakcję turystyczną: można tu przenocować, zjeść posiłek, zorganizować imprezę okolicznościową. Budowla jest kompletna.

Wiatrak ma swoją legendę, którą chętnie dzielą się z odwiedzającymi jego obecni właściciele.
Pierwszym młynarzem był Konrad – solidny, pracowity i dobry, jednak jego nieszczęściem było to, że urodził się z jedną nogą krótszą. Zakochał się w pięknej dziewczynie, ona nie odwzajemniła uczuć kaleki. Wciąż odrzucany Konrad powiesił się z rozpaczy na jednej z belek wiatraka. Od tamtego dnia wiatrak stał pusty, mówiono, że straszy w nim duch Konrada. Pewnego dnia we wsi pojawił się Fryderyk. Młodzieniec chodził od domu do domu, próżno szukając dla siebie zajęcia. O zmierzchu, nieświadomy złej sławy tego miejsca, postanowił przenocować w opuszczonym wiatraku. W nocy obudził go huk pracujących kół młyńskich. Otworzył oczy i zobaczył kulawego młynarza. Pomóż mi, chłopcze, bo roboty jest sporo, a ja, jak widzisz, jestem sam – powiedział. Fryderyk zerwał się i ochoczo zabrał do pracy. Pracował najszybciej jak mógł, lecz nie potrafił sprostać młynarzowi. Gdy skończyli, młynarz załadował worki z mąką na wóz starszego mężczyzny, wziął od niego sakiewkę z zapłatą i wrócił do Fryderyka. Podziel chłopcze pieniądze, podziel je równo, a ja idę umyć się w strumieniu. Fryderyk wysypał srebrne monety na kamień młyński i zaczął liczyć. Trzynaście - szepnął do siebie i w pierwszym odruchu chciał tę trzynastą monetę schować do kieszeni. Przypomniał sobie jednak, jak ciężko pracował młynarz i odłożył monetę na jego kupkę. Jesteś uczciwy, więc w nagrodę dostaniesz wszystko - powiedział młynarz. W tym momencie zapiał kogut… Przecierając oczy, Fryderyk westchnął, wspominając sen, podniósł swój wędrowny węzełek, by ruszyć dalej. Nagle pod nogami zobaczył skórzaną sakiewkę. Kiedy ją otworzył, znalazł w nim trzynaście srebrnych monet! Jeszcze tego samego dnia kupił wiatrak i przez wiele lat mełł w nim mąkę okolicznym mieszkańcom. Podobno jeszcze dziś, choć wiele lat upłynęło, duch Konrada pojawia się w wiatraku, by spełnić ich najskrytsze marzenia tych, którzy go zobaczą. 
Wiatrak typu holenderskiego w Gogołowie / fot. Bogdan Basisko Adler

fot. Bogdan Basisko Adler

fot. Bogdan Basisko Adler

Holender w Gostkowie

Kolejnym miejscem na "Mapie Don Kichota" jest Gostków. Pół godziny od Świdnicy, około 20 minut od Wałbrzycha, przy drodze krajowej nr 375 trafiamy do wsi, która wśród wielbicieli historii zyskała ostatnio sławę dzięki działaniom Angeliki Babuli i fundacji "Anna", ratującej stary ewangelicki cmentarz.

We wsi warto oczywiście zajrzeć na ten cmentarz, warto obejrzeć kościół pw. Świętej Rodziny (dawnej pw. św. Barbary i Katarzyny), ruiny kościoła ewangelickiego z XVII wieku oraz widoczny z drogi Kamienna Góra – Stare Bogaczowice wiatrak typu holenderskiego. Wiatrak ten został wybudowany w II połowie XVIII wieku.

Jest to typowy "holender", murowany, otynkowany, z drewnianą "czapą" i pomostem. Do dziś zachowała się stalowa głowica i jedno śmigło. Po II wojnie światowej działał, zakończył pracę po wysiedleniu ludności niemieckiej, czyli po 1946 roku. Obiekt, który po 1990 roku został przekształcony w domek letniskowy, jest wpisany do rejestru zabytków.

Wiatrak typu holenderskiego w Gostkowie / fot. Bogdan Basisko Adler

Wiatrak typu holenderskiego w Gostkowie / fot. Bogdan Basisko Adler

Holender w Jerzmanowicach

Wyjeżdżając z Legnicy w kierunku Zgorzelca, ze Zgorzelca i Wrocławia w kierunku Legnicy, około 2 km od Chojnowa wjedziemy do Jerzmanowic. Na niewielkim wzgórzu stoi kolejny wspaniały "holender". Z daleka widać jego śmigła. Ceglany ośmiobok wspiera drewnianą konstrukcje słupową, zwieńczoną przez głowicę z czterema śmigłami i czaszę pokrytą gontem.

Takich drewnianych "holendrów" nie było wiele. Wewnątrz zachowały się fragmenty urządzeń napędowych. Wiatrak pochodzi z pierwszej połowy XVIII wieku.

 W latach osiemdziesiątych XX wieku jego ruinę wypatrzył pan Eward Żekieć – i wiatrak stał się jednym z jego życiowych marzeń. Odkupił go od gminy z zamiarem wyremontowania i otwarcia w nim restauracji. Sam zarobił pieniądze na to przedsięwzięcie (przez dziesięć lat pracował w Austrii). Dziś jest tam kawiarenka (na I piętrze) i restauracja (na II piętrze). Specjalnością jest kuchnia wiedeńska.

Wiatrak typu holenderskiego w Jerzmanowicach / fot. Bogdan Basisko Adler

Holender w Komorowie

Wyjeżdżając ze Świdnicy w kierunku Świebodzic trafiamy do Komorowa. W tej niedużej wsi stoi samotnie w polu nieźle widoczny z drogi krajowej nr 35 cylindryczny obiekt. Przy bliższym poznaniu okazuje się być wiatrakiem typu holenderskiego. Zbudowano go z cegły w pierwszej połowie XIX wieku, w pewnym okresie (początki XX wieku) pełnił funkcję wieży ciśnień dla pobliskiego majątku.

Obecnie – pozbawiony śmigieł – został zaadaptowany na budynek mieszkalny.

Wiatrak typu holenderskiego w Komorowie (obecnie zaadoptowany na budynek mieszkalny) / fot. Bogdan Basisko Adler

Holender w Mysłowie

Na trasie pomiędzy Jelenią Górą a Jaworem, mniej więcej w połowie drogi jadąc drogą krajową nr 3, leży Mysłów. W Mysłowie natkniemy się na kolejny z wiatraków, a ściślej – niestety – na jego ruinę. Wśród pól stoi nadkruszona kamienna "wieża", której wiek można określić jedynie z dużym przybliżeniem – na przełom XIX i XX wieku.

Był to niegdyś wiatrak typu holenderskiego, przykryty ruchomą, obrotową czapą utrzymująca śmigła. Ruina stoi przy żółtym szlaku z Mysłowa do Połoniny, za nią rozpościera się panorama Gór Ołowianych. Mieszkańcy Mysłowa wspominają, że był czynny jeszcze przez wiele lat po wojnie…

Ruina wiatraka typu holenderskiego w Mysłowie / fot. Bogdan Basisko Adler

Ruina wiatraka typu holenderskiego w Mysłowie / fot. Bogdan Basisko Adler

Paltrak w Pławikowie

Niemal na wjeździe do Lubiąża, od strony wsi Prawików, tuż przy drodze, stoi drewniany paltrak (typ wiatraka obracającego się na podstawie z łożyskiem: drewniany korpus paltraka spoczywał na specjalnych metalowych rolkach, które toczyły się po okrągłym torze jezdnym). Jest to jedna z tzw. "budowli młyńskich", licznych w majątku cystersów.

Powstał w 1798 roku jako czteropiętrowa, drewniana budowla z podcieniem. Na murowanej podstawie do dziś znajdują się łożyska, na których wiatrak obracał się w kierunku wiatru. Stabilizowały go 4 zastrzały. Na głowicy umieszczone są atrapy śmigieł.

W latach trzydziestych XX wieku był restaurowany, w latach sześćdziesiątych przebudowany, a ściślej – rozbudowany o nowe skrzydło budynku. Ta przebudowa uniemożliwiła obrót wiatraka, wiązała się z rezygnacją z napędu wiatrowego i zastosowaniem elektrycznego. Do 1973 roku działał jako młyn elektryczny.

Kilkadziesiąt metrów dalej, przy wyjeździe na Wołów, stal jeszcze jeden podobny wiatrak, niestety – runął w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Zachowany wiatrak ledwie się trzyma. Z daleka przypomina starą szopę, jego „rany” opatrzono przy pomocy blachy, a tabliczka informująca o "opiece" Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków trochę zakrawa na żart.

Wiatrak typu paltrak w Lubiążu. Widoczna na zdjęciu podmurówka z łożyskami / fot. Tomasz Mizerka

Prochowiec w Strzegomiu

Ostatnia na naszej liście jest ruina wiatraka prochowego w Strzegomiu. Obiekt potocznie jest nazywany "Basztą", stoi na terenie fortu. Są to pozostałości korpusu "holendra" z XVIII wieku. Wiatrak, a raczej to, co z niego zostało, stoi na wzgórzu Bazaltowym na terenie fortu, przy ulicy Niepodległości. Podobno w tym miejscu straszy – nocami włóczą się tu duchy czarownic, dla których było tu miejsce straceń…

Ruina wiatraka typu holenderskiego w Strzegomiu / fot. Bogdan Basisko Adler

Ruina wiatraka typu holenderskiego w Strzegomiu / fot. Bogdan Basisko Adler
* * *

W krajobrazie dziewiętnastowiecznego Dolnego Śląska wiele było wiatraków. Były chlubą ówczesnych wsi, zaś młynarze byli zwykle lokalnymi bogaczami. Wówczas stanowiły miarę postępu, dziś – te które ocalały – są cennymi zabytkami techniki.

 Nieliczne miały szczęście, rozkochując w sobie kogoś, kto zechciał podarować im nowe życie. Inne, dziurawe, niszczejące, wiatrem podszyte, ciągle czekają na swój dobry los. Nie wszystkie da się uratować. Wiele już przepadło bez śladu. Warto więc te, które jeszcze pozostały, sfotografować, opisać, pokazać innym. Ocalić od zapomnienia. Warto w czasie podróży nieco zwolnić, rozejrzeć się w poszukiwaniu charakterystycznych sylwetek na horyzoncie i – jak Don Kichote pomyśleć "Fortuna sprzyja..."

✎ Iwona Błach, 2017

Tajemnice Zamku Książ od kuchni

sierpnia 15, 2017
Właśnie zakończyła się kolejna, piąta już edycja Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic. Festiwal jest projektem autorskim Joanny Lamparskiej, dziennikarki i podróżniczki, autorki wielu książek o tajemnicach Dolnego Śląska, od kilkunastu już lat promującej region dolnośląski oraz tajemnice jego historii.

fot. Tomasz Kramarczuk

Poszukiwacze skarbów i odkrywcy tajemnic

To największe w Polsce spotkanie eksploratorów, historyków i miłośników tajemnic historii, które rokrocznie gromadzi ok. 20 tysięcy gości. W tym roku, w dniach 12 i 13 sierpnia, goście mieli okazję spotkać się m.in. ze specjalistami zajmującymi się odzyskiwaniem zaginionych dóbr kultury, obejrzeć znakomite rekonstrukcje historyczne z czasów Legionów Polskich i Marszałka Józefa Piłsudskiego, zobaczyć eksponaty śląskiego gabinetu osobliwości i zwiedzić wystawę, połączoną z promocją najnowszej książki Joanny Lamparskiej i Piotra Kałuży pt.: „Miasta do góry nogami. Podziemia Europy i ich tajemnice”. To pierwsza taka książka, w której przygoda łączy się niezwykłą historią podziemi, od prehistorycznych świątyń po ultranowoczesne schrony dla bogaczy, o których to miejscach niesamowite opowieści usłyszeć można było z ust samej Autorki.

Jak co roku, tak i w tym to właśnie wystąpienie Joanny Lamparskiej zgromadziło najwięcej słuchaczy. I trudno się dziwić - też byliśmy pod wrażeniem. Ale i inne wystąpienia dostarczały emocji i sensacji (np. kom. dra Adama Grajewskiego, koordynatora policyjnego specjalizującego się w przestępczości przeciwko zabytkom) oraz wzruszeń (opowieść p. Elżbiety Szumskiej o odkryciu nowej sztolni w Złotym Stoku oraz o zakończonych sukcesem poszukiwaniach rodziny Güttlerów, dawnych właścicieli złotostockich kopalni).

V Dolnośląski Festiwal Tajemnic na Zamku Książ / fot. Wojciech Głodek

Swoje kolejne tajemnice odsłaniał również zamek Książ - było o podziemiach, ale nie zabrakło też innych nawiązań do historii z okresu II wojny światowej. O podziemiach zamkowych z pasją opowiadał Michał Banaś, ukazując szereg niewykorzystywanych na razie możliwości, jakie dają obserwacje i badania prowadzone tam przez geofizyków z PAN-u. Zainteresowani mogli również na własne oczy przekonać się, co dzieje się pod Książem, a to dzięki makiecie, na której Michał Banaś prezentował możliwości zastosowania odkryć naukowych w codziennym funkcjonowaniu m.in. zakładów wydobywczych.

Przedstawiane przez eksploratorów i badaczy takie sekrety zawsze mają swoisty urok – nie są uładzonymi informacjami promocyjnymi, lecz żywymi opowieściami, które pozwalają poznać nie tylko efekty eksploracyjnych zmagań, ale i przebieg ich samych. Dają pełniejszy (choć nigdy przecież zupełny) ogląd i umożliwiają wgląd najciekawszy, bo „od kuchni”.

A skoro już przy tym temacie jesteśmy, zadamy pytanie – czy mieliście okazję zobaczyć zamek Książ od kuchni? Nie? To wybierzcie się czym prędzej, bo jest wystawa, jedyna w swoim rodzaju, zachwycająca, nostalgiczna i urocza, z której powstaniem też wiąże się historia tajemnicy i fascynującego odkrycia.

Kucharz w kuchni i kucharz na salonach

Już od 14 lutego dostępna jest na Zamku nowa wystawa zatytułowana właśnie „Książ od kuchni”. Znajdują się na niej fotografie, które 100 lat temu wykonywał kucharz rodziny Hochbergów, Louis Hardouin.

fot. Wojciech Głodek
Tak, Hardouin to ten kucharz od najwspanialszego tortu, który do dzisiaj zachwyca i zadziwia drobiazgowością, starannością wykonania i ilością szczegółów. Oprócz tego jednak, że był pasjonatem gotowania, odnalazł w sobie pasję uwieczniania na kliszy chwil z życia własnej rodziny i rodziny Hochbergów – chwil wyjątkowych, uroczystych, ale i zupełnie zwyczajnych, wypełniających codzienne życie Książa i jego mieszkańców.

Fotografie wykonywał na szklanych kliszach, których na ręce Krzysztofa Urbańskiego, wówczas (w r. 2016) Prezesa Zamku Książ, Mateusza Mykytyszyna, Prezesa Fundacji Księżnej Daisy oraz reportera Radia Wrocław, Michała Wyszowskiego, wnuczka Hardouina, Jean Wessel, złożyła blisko… półtora tysiąca!

Na wystawie obejrzeć można „zaledwie” 200, podzielonych na bloki tematyczne: pierwszy dokumentuje zamek Książ i jego otoczenie w różnych porach roku, drugi dotyczy Hochbergów i ich dworu, trzeci wreszcie – rodziny samego fotografa. Hardouin fotografował Książ m.in. podczas jego ostatniej przebudowy, dzięki czemu zarówno zarządzający zamkiem, jak i turyści, zyskali możliwość poznania zupełnie nowego oblicza tej wspaniałej budowli.

Dzięki tym zdjęciom widzimy Książ w czasach jego największej świetności – gdy był zamieszkiwany przez rodzinę Hochbergów oraz cały dwór, bo pamiętać trzeba, że Hochbergowie mieli tutaj 300 osób służby (spośród których setka zamieszkiwała 4 piętro), a wokół zamku pracowało dodatkowo blisko 200 osób…

Wzruszające są zdjęcia rodzinne Hochbergów, księżnej Daisy, dzieci, których postaci udało się Autorowi uchwycić podczas edukacji, ale i zabawy, z obliczami zatroskanymi i poważnymi, ale i rozświetlonymi uśmiechami. Różna jest też na zdjęciach sama Daisy, pojawia się również Klotylda – druga żona Jana Henryka XV.



Fragmenty wystawy "Zamek Książ od kuchni" / fot. Wojciech Głodek

Hardouin fotografował nie tylko zamek, ale i jego okolice, m.in. tarasy czy domek letni Księżnej Daisy (tzw. My Fantasy), w którym przebywała, gdy potrzebowała wytchnienia od zgiełku dworskiego życia (dzisiaj niestety zostały z niego już tylko fundamenty), a także jeziorko Księżnej Daisy, po którym 100 lat temu pływały niewielkie łódki. Na zdjęciach pojawiają się również białe ławki w przypałacowym parku (stąd i dzisiejszy ich kolor).

Dużo na zdjęciach jest zieleni otaczającej Książ, widać także wszystkie rzeźby zdobiące dziedziniec i dalsze okolice, z których dzisiaj też większości już nie zobaczymy. Oglądamy również fotografie zamkowych zwierząt. Sam zamek prezentuje nam się na fotografiach zarówno od zewnątrz, jak i od środka (mamy możliwość podziwiania wystroju wnętrz sprzed wieku), o każdej porze roku.

Sporo uwagi Hardouin-fotograf kierował również w stronę swojej rodziny. Szczególne miejsce zarówno na fotografiach, jak i w jego życiu, zajmowała żona, Eugenie, którą darzył wielkim uczuciem. Nieprzypadkowo otwarcie wystawy przypadło na 14 dzień lutego – tym, co najbardziej widoczne na zdjęciach jest przede wszystkim historia miłości Hardouinów (o której opowiadała także Jean Wessel).

Na wystawie mamy nie tylko zdjęcia czarno-białe: w czasie, gdy Louis Hardouin fotografował życie Książa, zaczynały się pierwsze eksperymenty z fotografią kolorową i tego dowód również na wystawie można znaleźć. Wspaniałe są zdjęcia dokumentujące codzienne życie, obowiązki, ale i przyjemności służby zamkowej. Mamy m.in. fotografie kucharzy, którymi zarządzał Hardouin, 12 pokojówek księżnej Daisy oraz lokajów (w osiemnastowiecznej liberii).

Ta wielowątkowość w portretowaniu życia dworu pozwala zrozumieć złożoność wielkiego organizmu, jakim był Książ w czasach ostatnich Hochbergów na zamku, jak komentuje wystawę jej kuratorka, Beata Lejman. Rodzina Hardouinów przestała pracować dla Hochbergów w roku 1932, gdy kucharz zdecydował się na wyjazd (wraz z żoną i dziećmi) do Wielkiej Brytanii, do Londynu.

Zamieszkawszy tam, fotografie (a właściwie klisze) schował w domu, a następnie w magazynie, gdzie przeleżały kilkadziesiąt lat. Zainteresowała się nimi dopiero w latach 90. XX w. wnuczka Hardouina, wzmiankowana już Jean Wessel, która zabrała je do Kanady (gdzie mieszkała). Ostatecznie nawiązała kontakt z Zamkiem Książ, wreszcie zadecydowano o odwiedzinach i dzięki temu dzisiaj możemy cieszyć oczy Książem widzianym od kuchni.

Po lewej Jean Wessel, wnuczka Louisa Hardouina, po prawej Zbigniew Koźlik, szef kuchni Hotelu Park Plaza we Wrocławiu gdzie powstała replika tortu Hardouina / fot. archiwum Zamku Książ


Tort wykonany przez cukierników Hotel Park Plaza we Wrocławiu na otwarcie wystawy / fot. archiwum Zamku Książ

Oryginalny tort Lousa Hardouina / fot. Louis Hardouin, ze zbiorów Zamku Książ

Jak dotrzeć?

Najbardziej polecamy dojechać pociągiem do stacji Świebodzice. Stąd na pieszo do zamku Książ idzie się około godziny. Najpierw przez miasto ulicami Kolejową, Świdnicką i Wałbrzyską, a potem przez ozdobną bramę stanowiącą dawne wejście do książańskiego majątku wchodzimy na drogę szutrową, które przez Książański Park Krajobrazowy, obok stadniny poprowadzi nas do samego zamku.

Można również skorzystać z czerwonego szklaku turystycznego (wchodzimy na niego na ul. Świdnickiej w Świebodzicach), który w części pokrywa się z opisaną powyżej drogą, a przejście go zajmie nam trochę ponad godzinę.

Najłatwiej pociągiem do stacji Wałbrzych Miasto. Po wyjściu z dworca kierujemy się w lewo i przechodzimy na drugą stronę ulicy na przystanek Armii Krajowej - Dworzec Miasto skąd na zamek można dojechać autobusem linii 8 (wybrane kursy, średnio co godzinę, jedziemy do pętli około 30 min.). Można też autobusami linii 8 lub 12 dojechać do pętli Szczawienko i stamtąd drogą dojazdową (ok. 30 min.) dojść do zamku na pieszo.

Do Świebodzic i Wałbrzycha dociera prawie 20 pociągów regionalnych z Wrocławia i 13-14 z Jeleniej Góry. Zatrzymują się tu też pociągi dalekobieżne z Poznania (regionalny) oraz Katowic, Przemyśla, Łodzi, Białegostoku czy Warszawy (PKP Intercity, w tym EIP "Pendolino" - tylko w Wałbrzychu)



✎ Jolanta Kluba, 2017
Obsługiwane przez usługę Blogger.