Featured

12/recent

Od zamkniętego terenu do globalnej atrakcji

lipca 16, 2019
Kiedyś wjazdu na jej teren strzegły rogatki i wojsko, a otaczające ją lasy były zniszczone przez klęskę ekologiczną. Dziś przyciąga ludzi z całego świata, którzy chcą pobiegać i pochodzić na nartach (i bez nich) po pięknych, naturalnych trasach. Polana Jakuszycka w Szklarskiej Porębie.  

Położona w Górach Izerskich, ale i u stóp Karkonoszy, przez wiele dziesiątek lat była drobnym fragmentem regionalnego imperium Schaffgotschów. Wokół należącej do nich leśniczówki wyrosła w XIX wieku osada drwali, którzy pracowali na rzecz rozwijającego się w oko­licy, w tym w Szklarskiej Porębie, hutnictwa szkła. W 1848 roku wybudowano utwardzoną drogę ze Szklarskiej Poręby przez Polanę Jakuszycką do Harrachova, a w 1902 roku linię kolejową.

tekst Leszek Kosiorowski, artykuł ukazał się w nr 4(21)/2018 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk



Stowarzyszenie Bieg Piastów, 9 lipca 2019 roku: 
Za 142 mln zł netto w ciągu 19 miesięcy, licząc od dziś, ma zostać wybudowany nowoczesny ośrodek sportowy pod nazwą Dolnośląskie Centrum Sportu Jakuszyce. Umowa z generalnym wykonawcą została podpisana wczoraj, a dziś ogłoszona na konferencji prasowej w hotelu Jakuszyce. Ośrodek budować będzie konsorcjum z firmą PORR jako liderem. Ze strony samorządowej umowę podpisali przedstawiciele Dolnośląskiego Parku Innowacji i Nauki – spółki zależnej od marszałka województwa. Pieniądze na budowę przekaże samorząd Dolnego Śląska i rząd. Jego wysłannik przekazał dziś informację, że Rada Ministrów przekazała na realizację inwestycji w 2019 roku 30 milionów złotych i jest gotowa dokładać się także w latach 2020 i 2021.



Wraz z rozwojem w tym okresie turystyki, dostrzeżono też walory krajobrazowe i klimatyczne Polany Jakuszyckiej. To wtedy powstała, między innymi, gospoda, istniejąca po rozbudowie do dziś, pod nazwą "Bombaj”. Pomiędzy pobliskim Wodospadem Kamieńczyka a Polaną Jakuszycką wybudowano tor bob­slejowy i skocznię narciarską, które stanowiły atuty Szklarskiej Po­ręby w rywalizacji z Garmisch-Partenkirchen o prawo organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku. Wybrano drugie z tych miast.

Po II wojnie światowej Polana Jakuszycka znalazła się pod polską administracją, ale przez wiele lat stanowiła    teren zamknięty bądź o bardzo ograniczonym dostępie. Przez pewien czas wjazd do niej blokowały rogatki i żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. Aby móc ją zobaczyć, trzeba było mieć przepustkę i odpowiedni powód. Stały dostęp mieli - poza wojskiem - robotnicy leśni.
Z czasem szosa została otwarta i każdy mógł nią przejeżdżać, ale już wyprawy w góry z Polany Jakuszyckiej były zakazane. To był teren zamknięty, należący do WOP-u. Dwa okazałe budynki, służące dziś turystom i innymi gościom - hotel "Biathlon" i Stacja Turystyczna "Orle", należały do wojska.

Jednymi z pierwszych, którzy zdołali uchylić furtkę, byli biegacze narciarscy. Załatwiali przepustki i biegali po Polanie Jakuszyckiej i okolicy. Były to niewielkie grupy klubowe, ale ich rola - patrząc z perspektywy czasów dzisiejszych - w rozwoju tego, co się tutaj stało później, jest kluczowa. Dzięki nim wieść o nadzwyczajnych warunkach śniegowych na Polanie Jakuszyckiej przestała być wiedzą grupki wtajemniczonych pasjonatów.
Jednym z tych, którzy potrafili ją docenić i wykorzystać w szerszym wymiarze, był Julian Gozdowski. Ten nauczyciel i trener biegania na nartach, urodzony w 1935 roku na Kresach, z czasem został urzędnikiem odpowiedzialnym w ówczesnym województwie jeleniogórskim za sport i turystykę.

Gdy województwo powstało w po­łowie lat 70. poprzedniego stulecia, chciało się czymś wyróżnić. Sprzyjało temu ogólne otwarcie PRL-u w tym czasie, kopiowanie i wprowadzanie wielu rozwiązań sprawdzonych od dawna w krajach demokratycznych. Julian Gozdowski i jego współpracownicy postanowili, wzorem podobnych zawo­dów w Szwecji czy Niemczech, zor­ganizować masowy bieg narciarski. Początki nie były łatwe - frekwencję na pierwszym biegu w 1976 musiały ratować dzieci, zachęcone i przywiezione przez nauczycieli. Gdy jednak delegacja władz i sportowców z całego województwa zobaczyła na własne oczy, jak efektownie wygląda taki bieg w Austrii, dała Gozdowskiemu i spół­ce zielone światło i udzieliła wsparcia. Bieg Piastów stał się zawodami masowymi, dla tysięcy ludzi.

Wielu Polaków połknęło bak­cyla i pokochało biegówki. Co roku przyjeżdżali na Bieg Piastów, by rywalizować, ale przede wszystkim spot­kać się i spędzić razem czas. Była to też wyjątkowa okazja, by pobiegać po wspaniałych trasach Gór Izerskich, zwykle zamkniętych dla osób postronnych z uwagi na bliskość granicy. Starsi zawodnicy do dziś wspominają żołnierzy WOP obstawiających trasę i grzejących się w trakcie biegu przy ogniskach.

Julian Gozdowski po paru pierwszych latach Biegu Piastów wyjechał do pracy w Wałbrzychu, gdzie zapoczątkował Bieg Gwarków, ale z czasem wrócił do Jeleniej Góry i na Polanę Jakuszycką. Bieg Piastów, organizowany w latach 80. przez Szklarską Porębę, miał potężne problemy finansowe. Po demokratyzacji kraju na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, Julian Gozdowski założył Stowarzyszenie Bieg Piastów i w jego imieniu przejął organizację zawodów.

Zaczęła się nowa historia tych zawodów i Polany Jakuszyckiej. Gozdowski okazała się wizjonerem i niezwykle skutecznym lobbystą, który widzi i potrafi realizować to, co innym nie przychodni nawet do głowy. W pierwszych latach wolności po upadku PRL Polacy uczyli się działania w zupełnie innych warunkach gospodarczych, z ograniczonym wsparciem państwa, co często kończyło się upadłościami bądź głębokimi kryzysami przedsiębiorstw i różnych inicjatyw finansowanych wcześniej przez budżet centralny. Julian Gozdowski nie narzekał na zmianę systemu, ale błyskawicznie zaczął szukać soju­sz­ników zarówno wśród władz, jak i sponsorów. Gdy mu się to udało, zaczął pukać do bram Europy i świa­ta. Wprowadził Bieg Piastów do Europejskiej Ligi Narciarskich Biegów Długich Euroloppet, a następnie do jej odpowiednika świa­towego: World­loppet Ski Fede­ra­tion.

Równocześnie rozbudowywał system tras narciarskich w Górach Izerskich. Potrafił przekonać do tego leśników, którzy z czasem zaczęli się utożsamiać się zarówno z Biegiem Piastów, jak i z ośrodkiem w Jakuszycach.

Ukoronowaniem rozwoju Polany Jakuszyckiej jako miejsca uprawiania sportu była dwukrotna organizacja Pucharu Świata w Biegach Narciarskich w 2012 i 2014 roku z udziałem Justyny Kowalczyk. Jej rywalizacja z renomowaną rywalką Marit Bjoergen skupiła na Polanie Jakuszyckiej uwagę całego narciarskiego świata. Aby to było możliwe, na Polanie Jakuszyckiej wybudowano tymczasowe miasteczko dla zawodników, kibiców, dziennikarzy i innych osób obsługujących Puchar Świata.

Było to bardzo drogie przed­się­wzięcie, a lwią część wydatków wzięła na siebie Szklarska Poręba. Aby nie ponosić w przyszłości takich kosztów i jednocześnie dostosować Polanę Jakuszycką do wymo­­gów orga­nizacji wielkich zawodów oraz lepszej obsługi amatorów, Stowarzyszenie Bieg Piastów przekazało jej dużą część (w formie sprzedaży i dzierżawy) spółce zależnej od samorządu Dolnego  Śląska, który dzięki temu ma prawo zainwestować w nią wiele milionów złotych. Tyle, ile trzeba, by uczynić z niej ośrodek najwyższej klasy.

Polana Jakuszycka jest od lat mekką biegaczy narciarskich i chcemy, by stała się stolicą polskiego narciarstwa biegowego. Budowa Dolnośląskiego Centrum Sportu – Polana Jakuszycka spowoduje, że ponownie będzie można gościć w Jakuszycach międzynarodowe imprezy rangi mistrzowskiej, powstanie także profesjonalna baza treningowa  dla sportów zimowych i letnich, a obiekt będzie obsługiwał całoroczne, amatorskie aktywności sportowe i turystyczne w rejonie Polany.

Głównym założeniem projektantów było stworzenie wielofunkcyjnego ośrodka sportowego po­zwa­lającego na organizację zawo­dów narciarstwa biegowego i bia­th­lonu, a jednocześnie umożli­wie­nie amatorom aktywnego spędzania czasu korzystania z obiektu przez cały rok.

Zaprezentowana przez samorząd województwa koncepcja architektoniczno-przestrzenna speł­nia kryteria sformułowane przez Mię­dzynarodową Federację Narciarską (FIS) oraz Międzynarodową Unię Biathlonową (IBU), które są wymagane przy organizacji zawodów sportowych o randze mistrzostw świata.

Inwestycja realizowana na Polanie ma na celu modernizację i rozbudowę infrastruktury sportowej z przeznaczonej do rozgrywania najwyższej rangi zawodów w sportach zimowych – w biegach narciarskich, w biathlonie i w kombinacji norweskiej (w partnerstwie z sąsiednim Harrachovem w Republice Czeskiej), z wykorzystaniem obiektu na funkcje obsługi zawodów zgodnie z przepisami FIS i IBU, czy  rozgrywania zawodów w sportach rowerowych (kolarstwo MTB) i biegowych, terenowych. Będzie to również  całoroczny ośrodek tre­nin­go­wy dla różnych dyscyplin sportu kwa­lifikowanego, z funkcją odnowy biologicznej, ośrodek badawczy i testowy nowoczesnych technologii oraz ośrodek przygotowań paraolimpijskich, z pomieszczeniami i infrastrukturą tre­nin­go­wą przystosowaną dla potrzeb spor­towców o różnych rodzajach nie­pełnosprawności.

Co powstanie na Polanie Jakuszyckiej? 

Trasy biegowe i biathlonowe, boisko piłkarskie, bieżnia lekkoatletyczna, rolkostrada, kryta pływalnia, górka saneczkowa oraz rowerowa dla dzieci i młodzieży – takie sportowe atrakcje będą czekały na miłośników sportów na Polanie Jakuszyckiej.

Na Polanie, w głównym obiekcie dostępne będą miejsca noclegowe, sale konferencyjne i szkoleniowe. Dodatkowo w budynku zaplanowano interaktywne muzeum sportów zimowych oraz centrum odnowy biologicznej z saunarium i dużą siłownią. Znajdzie się tam również wypożyczalnia sprzętu narciarskiego, rolek i rowerów oraz kabiny do smarowania nart. Pod stadionem zimowym powstanie podziemny parking oraz tunele dla zawodników i trenerów, łączące szatnie i część treningową ze strefą startu i strzelnicą. Infrastruktura Polany Jakuszy­ckiej pełniła do tej pory i będzie peł­nić funkcje dydaktyczne, w głó­w­nej mierze adresowane do szkoły mistrzostwa sportowego w ramach Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Mistrzostwa Sportowego im. Jana Izydora Sztaudyngera w Szklarskiej Porębie.

Do tej pory (stan na grudzień 2018) na Polanie Jakuszyckiej wykonano obiekty tymczasowe, w tym wiaty na ratraki i skutery oraz zaplecze magazynowe dla potrzeb Stowarzyszenia Bieg Piastów na czas budowy Ośrodka Narciarstwa Biegowego i Biathlonu; rozebrano starą i zbudowano nową trafostację należącą do Taurona wraz z wykonaniem nowego węzła kablowego; wykonano przyłącza do celu zasilania placu budowy i istniejącej infrastruktury technicznej (2 wieże gsm oraz szafa dystrybucyjna IT); usunięto kolizję z infrastrukturą Oran­ge (szafa dystrybucyjna IT); wy­bu­rzo­no istniejące budynki i starą strzelnicę biathlonową.

To wszystko – rozwój Biegu Piastów i Polany Jakuszyckiej – nie miałoby szans bez odbudowy izerskiej i karkonoskiej przyrody. Zni­szczona przez przemysł w latach 80. XX wieku potrzebowała ogro­mnych inwestycji ekologicznych na terenie zakładów (bądź ich zamknięcia), które ją bezlitośnie truły, jak i wielu lat pracy leśników. Dziś można    powiedzieć, że udało się! Polana        Jakuszycka, stanowiąca jedną z głó­w­nych bram w Góry Izerskie i jedną z wielu w Karkonosze, jest zupełnie inna niż dawniej, także pod tym względem. Ma szansę, by stać się wizytówką Dolnego Śląska i Polski. [•]
















Jak dotrzeć?

Najwygodniej pociągiem. Na Polanie Jakuszyckiej znajduje się najwyżej położona w Polsce stacja kolejowy Szklarska Poręba Jakuszyce (886 m n.p.m.). Zatrzymują się tu pociągi w relacji Szklarska Poręba Górna - Liberec obsługiwane wygodnymi i nowoczesnymi czeskimi szynobusami RegioSpider (wspólna oferta Kolei Dolnośląskich i Kolei Czeskich). Od 3 połączeń całorocznych do 9 w sezonie i w weekendy. Rozkład jazdy obowiązujący od 09.06.2019 do 31.08.2019

Cena biletu ze stacji Szklarska Poręba Górna to 4 zł, ze stacji Jelenia Góra (przesiadka na stacji Szklarska Poręba Górna) - 5 zł. Bilety ważne są 6 godzin, a jeśli zakupimy od razu tam i z powrotem - cały dzień.

Pruski Romeo i polska Julia

lutego 14, 2019
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Opisane tu wydarzenia miały miejsce dwieście lat temu, a ich sceną były – między innymi  dolnośląskie pałace. 

🖎 Iwona Błach

Ona - szczupła, średniego wzrostu, z subtelną talią, z pięknymi, dużymi, niebieskimi oczami o marzycielskim wyrazie, popielato-blond włosami i lekko zakrzywionym nosem pod szlachetnym czołem – opisywała Elizę Radziwiłłównę Caroline von Rochow. Współcześni podkreślali jej wielki urok osobisty, wdzięk, ponadprzeciętną inteligencję i rozmaite talenty. Eliza wykazywała zdolności muzyczne i artystyczne, zachowały się jej rysunki. Szczególnie ceniony był obrazek olejny, przedstawiający pierwszą próbę chodzenia Dzieciątka Jezus, z którego wykonywano litografie sprzedawane aby zebrać fundusze dla ubogich. Mawiano o niej, że ma duszę z ognia i kryształu oraz niezwykle silną wolę. Nazywano ją Aniołem z Ciszycy.

On – książę pruski, Wilhelm Hohenzollern – był, wg Karola Augusta, księcia Sasko-Weimarskiego, najbardziej imponującą postacią z nich wszystkich [swego licznego rodzeństwa – przyp. IB], przy tym skromny i rycerski, wesoły i miło usposobiony, ale zawsze z poczuciem godności. Luiza von Mecklemburg-Strelitz, matka Wilhelma, podkreślała jego wrażliwe serce, prawość i rozsądek. Bardzo wysoki, smukły, o postawie urodzonego jeźdźca. Nosił wąsy, miał niebieskie oczy i niesforne blond włosy. Zapisał się w historii jako silny władca, świetny dowódca i przywódca, człowiek poważny i surowy. Od dzieciństwa uwielbiał wszystko, co było związane z wojskowością i od dzieciństwa... uwielbiał Elizę.

Pałac w Ciszycy / fot. Enamo (cc-by-sa)

Eliza Radziwiłłówna i Wilhelm I Hohenzollern na portretach z epoki / autorzy nieznani
Rysunek Elizy "Pierwsza próba chodzenia dzieciątka Jezus"

Ta piękna i dobrze urodzona para znała się i lubiła od czasów zabaw dziecięcych. Wilhelm był częstym gościem w berlińskim pałacu Radziwiłłów przy Wihelmstrasse 77 (później znanym jako budynek Kancelarii Rzeszy). Po raz pierwszy naprawdę między nimi zaiskrzyło na balu karnawałowym w 1815 roku. Ona miała wtedy 12 lat, on lat 18, a na piersi Krzyż Żelazny za bohaterstwo w wojnie francusko-pruskiej.

Kolejne lata to czas czułych spojrzeń, ukradkowych pocałunków, częstych listów i odwiedzin Wilhelma w pałacach w Berlinie, w Poznaniu i w Antoninie oraz w różnych rezydencjach w Sudetach, gdzie Radziwiłłowie spędzali lato. Od tamtego spotkania kalendarze Wilhelma (wydrukowane w dworskiej drukarni, dziś przechowywane w Tajnym Archiwum Państwowym w Berlinie) przez dziesięć pełne były Elizy – jego refleksji, tęsknot, oczekiwań, terminów spotkań, zasuszonych kwiatów. Podobnie w listach Wilhelma do powiernika i adiutanta Oldwiga von Natzmera (opublikowano je w lutowym numerze Deutsche Rundschau z 1890 roku) Eliza pojawiała się bardzo często.

W listach Elizy do przyjaciółki, Lulu [Luise] von Kleist było pełno radości i optymizmu, których źródła Lulu w owym okresie jedynie się domyślała, bo Eliza – by nie zapeszyć – skrzętnie ukrywała swoją tajemnicę. Listy Elizy do Wilhelma (zachowało się ich 18) cechował umiar, nadzorowany przez matkę, brata i guwernantkę.

W sierpniu 1826 roku kres miłości i marzeniom położyła "racja stanu". Na przeszkodzie stanęli ministrowie i prawnicy oraz – oficjalnie - zasada Ebenbürtigkeit (równego urodzenia - członek rodu panującego mógł poślubić jedynie osobę z rodu panującego), nieoficjalnie – to, że Eliza była półkrwi Polką, co było nie przyjęcia dla doradców, ministrów i rodów panujących na innych dworach Europy. Takie podejście krzywdziło Elizę nie tylko w kwestii uczuć: Radziwiłłowie, jeden z najbardziej wpływowych rodów Europy, od pokoleń mieli w swych żyłach więcej błękitnej krwi, niż Hohenzollernowie.

Małżeństwo Elizy i Wilhelma nie doszło do skutku, zerwanie złamało serca obojgu. Zrozpaczona Eliza wkrótce ciężko zachorowała i w 1834 roku zmarła. Wilhelm wypełnił wolę ojca i ożenił się z Augustą von Sachsen-Weimar. Całą swoją uwagę i energię poświęcił państwu, czyniąc je potężnym. Do końca życia tęsknił za Elizą, nosił przy sobie jej miniaturowy portret. Ponoć w chwili śmierci - 50 lat później - miał go pod poduszką.

A co ta historia ma wspólnego z Dolnym Śląskiem?

Jednym z miejsc, w których Eliza i Wilhelm przeżywali chwile szczęścia, to Pałac w Ciszycy. Pałacowe ściany wysłuchały wielu zwierzeń i rozmów, obietnic, planów, marzeń i śmiechu, potem – były milczącym świadkiem rozpaczy i łez. Książę Antoni Radziwiłł początkowo pałac dzierżawił, a potem - być może pod wpływem sentymentu Wilhelma do tego miejsca - kupił. Ten niewielki pałacyk zbudowano w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku w stylu empire. Otaczał go park, z którego do dziś przetrwało kilka ponad dwustuletnich drzew: ogromny tulipanowiec amerykański, sosny wejmutki, buki i dąb.

Dziś Ciszyca to część Kowar, a pałac znajdziemy przy ulicy Jeleniogórskiej. Budynek można obejrzeć jedynie z zewnątrz, bo jest własnością prywatną. Ale z tego co nam wiadomo, wewnątrz nie ma żadnych pamiątek po Radziwiłłach ani Wilhelmie. W ciszyckim pałacu w 1938 roku zrealizowano film Legenda miłosna (Preussisches Liebesgeschichte) oparty na książce Oswalda Baera Anioł z Ciszycy (Der Engel von Ruhberg z 1889 roku) odtwarzający dzieje romansu Elizy i Wilhelma. Film został zakazany przez cenzurę w III Rzeszy. Niemiecka premiera miała miejsce dopiero w roku 1950, polska - w 2007 roku.

Innymi miejscami związanymi z tą historią są stojący wówczas u wjazdu do Kowar krzyż pokutny z rytem włóczni (przy obecnej ul. Jeleniogórskiej) - to tu Wilhelm oczekiwał na Elizę, gdy ta wyjeżdżała na spacer - czy położony nieopodal pałacu, na wzgórzu domek myśliwski z końca XVIII wieku, zwany Radziwiłłówką (obecnie odnaleźć można tylko ruinę).



Pałac w Ciszycy na miedziorycie z początku XIX wieku (autor nieznany), na pocztówce z początku XX wieku (autor nieznany) i  na zdjęciu z początku XXI wieku (fot. Bogdan Basisko Adler)

Zakochani jeździli także w gościnę do nieodległego Pałacu w Bukowcu, do hrabiostwa von Reden. Spacerowali tam po sztucznych ruinach i popijali herbatę w ogrodowym pawilonie, który był prezentem hrabiego dla żony na rocznicę ślubu. Dziś pałac jest własnością Fundacji Doliny Pałaców i Ogrodów, które pracuje nad jego rewitalizacją. W zabudowaniach folwarcznych zorganizowano hotel, w starej stodole - kawiarnię i restaurację.

W Pałacu w Karpnikach w 1830 roku odbyło się  spotkanie rodzinne Hohenzollernów i – pierwsza poważna rozmowa pomiędzy Augustą (przyszłą żoną Wilhelma) i Elizą. Z listów obu pań wynika, iż się zaprzyjaźniły. Cała Kotlina Jeleniogórska była wtedy modnym miejscem spędzania lata – przebywała więc w swych pałacach zaprzyjaźniona i spokrewniona z Radziwiłłami i z Hohenzollernami arystokracja, stąd odwiedzinom nie było końca. W listach i pamiętnikach znajdujemy opisy wizyt i nazwy miejsc. Bywano w galerii malarstwa i salach ze zbiorami botanicznymi Schaffgotschów w Cieplicach, u feldmarszałka Neihardta Gneisenau w Mysłakowicach, u Stolbergów w Pieszycach, u von Reussów w Staniszowie i Radocinach czy u von Stoschów w Mańczycach.

Miejsce wspomniane w dzienniku Wilhelma i w listach Elizy jest też Zamek Książ: Cóż to będzie za szczęśliwy czas, kiedy już będę mogła datować moje listy z Książa – pisała do Lulu, zatajając jednak powód owego szczęścia, czyli spotkanie z ukochanym. Jedna z legend głosi, że w 1820 właśnie w Książu padły jakieś deklaracje, choć notatki w kalendarzu Wilhelma i listy Elizy wskazują bardziej na ogrody w Charlottenburgu i dzień 28 czerwca 1822.

Celem jednej z wycieczek był także Zamek w Trzebieszowicach koło Lądka-Zdroju. Dla Wilhelma była to podróż sentymentalna: mieszkał tu jako nastolatek, znał każdy kamień i każde drzewo. O tej wycieczce młody książę napisał w swoim notatniku: Niezwykle przyjemny dzień! i zakończył ten wpis wielką literą E!.

Pałac w Bukowce / fot. Bogdan Basisko Adler

Budynek Herbaciarni w Bukowcu / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac Schaffgotschów w Cieplicach / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac w Mysłakowicach / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac w Pieszycach / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac Na Wodzie w Staniszowie / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac w Radocinach / fot. Bogdan Basisko Adler

Pałac w Mańczycach / fot. Bogdan Basisko Adler


Z zapisków w pamiętnikach i z listów dowiadujemy się także o innych miejscach, gdzie młodzi bądź gościli, bądź – wędrowali. Eliza w tym czasie była radosną, pełną energii dziewczyną, nie stroniła od pieszych wycieczek – np. na Śnieżkę czy nad Wodospad Szklarki. Dopóki zdrowie jej pozwalało, przemierzyła wiele górskich szlaków.

Gdyby udało się przejrzeć księgi rodzinne czy księgi gości, jakie miewały schroniska i pałace – być może w wielu napotkalibyśmy jej wpisy. Nie boli umieranie, lecz rozstanie z drogimi duszami. Ich pamięć i miłość towarzyszą mi - napisała Eliza w jednej z nich. Tu, wśród pięknych krajobrazów i pałaców Dolnego Śląska, przeżyła swoje najpiękniejsze i najsmutniejsze lata.

Najstarszy ogród zoologiczny na ziemiach polskich

lipca 19, 2018
Dnia 10 lipca 1865 roku Wrocław (wówczas jeszcze niemieckie Breslau) oficjalnie dołączył do listy ośmiu niemieckich miast, których mieszkańcy mogli cieszyć się ogrodami zoologicznymi. o powstanie ZOO starali się profesorowie i urzędnicy. 

🖎 Iwona Błach

Początki były trudne: miasto wprawdzie przekazało teren pod ogród, ale nie chciało partycypować w kosztach – założono więc spółkę akcyjną i taki status ZOO utrzymywał się do 1945 roku. Pieniędzy na start było niewiele, pierwsze zwierzęta podarowali myśliwi. W chwili otwarcia wystawiono w większości rodzimą faunę (daniele, lamy, niedźwiedzie, sarny, wilki) oraz strusie, wielbłądy i jedną zebrę - łącznie na obszarze 9 hektarów znalazło się 400 sztuk zwierząt 50 gatunków.

Hipopotam Jakub we wrocławskim ZOO, 1909 / źródło: fotopolska.eu
Widok na pawilon dla niedźwiedzi w ogrodzie zoologicznym, 1911 / źródło: fotopolska.eu
Żyrafy we wrocławskim ogrodzie zoologicznym, ok. 1930 roku / źródło: dolny-slask.org.pl
Sporo o pochodzeniu zwierząt można się dowiedzieć z książki pierwszego powojennego dyrektora wrocławskiego ZOO, Karola Łukaszewicza "Ogrody zoologiczne. Wczoraj – dziś – jutro". Czytamy tam m.in. książę Sułkowski z Rydzyny ofiarował dwa dziki, Czartoryski – jelenia, Pusłowski ze Słonima – rysia. Zwierzęta początkowo mieszkały w szopach i stajniach, jednak ZOO z czasem stało się na tyle popularne, że jego dochody pozwoliły na rozbudowę ogrodu i zakup nowych zwierząt.

W 1870 roku od właściciela objazdowej menażerii, Scholtza, zakupiono kilkadziesiąt zwierząt za niebagatelną sumę 4,5 tysiąca talarów. w 1873 roku udało się za 700 funtów (450 plus dostawa) kupić pierwszego słonia. Theodor był angielskim arystokratą (wcześniej mieszkał w londyńskim ZOO), pieniądze zebrano, organizując loterię fantową. Pomysłodawcą loterii był kupiec, Teodor Heinrich – i to po nim słoń otrzymał imię.

W roku 1876 – ku uciesze gawiedzi – zorganizowano wystawę ludów etnicznych. Dostarczył ich via Hamburg jeden ze słynnych niemieckich handlarzy zwierzętami, Carl Hagenbeck. We Wrocławiu "gościli" wówczas Beduini, a po latach – Tunezyjczycy (zapewnili ZOO rekord – w 1904 roku z tej okazji ZOO w ciągu 9 godzin odwiedziło 41 tys. osób!

Pokazy Beduinów, ok 1908 roku / fot. archiwum ZOO Wrocław
Tłumy odwiedzających ZOO we Wrocławiu, 1914 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Pawilon wielkich drapieżców ok. 1895 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Spacerowicze w ZOO we Wrocławiu ok 1890 / fot. archiwum ZOO Wrocław

Będące spółką akcyjną ZOO przynosiło zyski, dawało wiele radości odwiedzającym, prężnie się rozwijało. Wrocławski ogród zoologiczny od początku swego istnienia szczycił się dużymi osiągnięciami: pierwszymi w niewoli narodzinami tapira malajskiego; rekordową długością życia goryla w niewoli – sprowadzona w 1894 roku z Liverpoolu Pussi przeżyła tu aż 7 lat; legendą tego ogrodu stał się szympans, Moritz – uwielbiany przez personel i zwiedzających spryciarz, który palił papierosy, popijał herbatę i bawił gości jazdą na rowerze.

W kolejnych latach do kolekcji dołączyły mrówkojad, hipopotamy, foki, tapiry, pelikany, lew, tygrys, manat. Co jakiś czas zamieszczano w prasie anons, że Ogród szuka karmiącej suki czy kotki – na mamkę dla swoich małych podopiecznych.  

Od początku istnienia placówki zadbano o jej stopniową rozbudowę i o estetykę. Pomieszczenia dla zwierząt projektował nie byle kto, bo dwaj czołowi wrocławscy architekci tamtych czasów: Carl J.B. Lüdecke, Carl Schmidt czy Albert Grau. w 1935 roku do budowniczych obiektów ZOO dołączył Richard Konwiarz – wg jego projektu zbudowano modernistyczną bramę, określaną jako "parafraza Bramy Brandenburskiej". Na uwagę zasługują też "baszta niedźwiedzi" (najstarszy z budynków), małpiarnia zbudowana w stylu mauretańskim, ptaszarnia, drewniana japońska brama do ogrodu.

Ciężkie czasy po raz pierwszy przyszły wraz z i wojną światową. Placówka została zamknięta 1 kwietnia 1921 roku – nie miała pieniędzy, by się utrzymać. Część zwierząt padła z głodu, przez miesiąc wyprzedawano te jeszcze ocalałe – kupiły je ogrody w Berlinie, Lipsku, Kolonii. Przez sześć lat teren ZOO był zwyczajnym, otwartym dla wszystkich parkiem, słoniarnia – restauracją i salą koncertową, ptaszarnia – kawiarnią.

Drugi oddech ZOO złapało w 1927 roku. w ciągu kilku tygodni firma L.Rhue z Zagłębia Rury dostarczyła 1800 sztuk zwierząt 480 gatunków. Ogród znowu dawał radość i cieszył się świetną reputacją – plasował się w światowej czołówce ogrodów zoologicznych. w czasie II wojny światowej wrocławskie ZOO było azylem dla zwierząt z innych niemieckich ogrodów – w dokumentach są np. ślady przyjazdu słoni z Norymbergi i Düsseldorfu. Miejsce uchodziło za oazę spokoju.
Szympans Moritz i jego opiekun Erich Haertel, ok. 1931 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Blankiet akcji ZOO z 1938 roku
Okładka ostatniego niemieckiego przewodnika Zoo Breslau z 1941

Kolejny raz "zło" przekroczyło bramy wrocławskiego ZOO w 1945 roku. Ostrzał zniszczył klatki, a przerażone zwierzęta uciekały. z wychłodzenia zginął manat (w jego pawilonie wybito wszystkie szyby), kilka szympansów i hipopotam. Zdezorientowane i przerażone zwierzęta błąkały się po ulicach. Komendant Festung Breslau podjął wówczas decyzję o odstrzale zwierząt "potencjalnie niebezpiecznych". Zastrzelono słonie, dzikie koty, niedźwiedzie. Potem niektóre zwierzęta stały się źródłem mięsa dla szabrowników. Straszne są wspomnienia świadków tamtych wydarzeń. Przeczytałam je i… nie zacytuję. Na ich bazie w 1975 roku powstał wstrząsający film Egzekucja w ZOO.

Zwierzęta, którym udało się przeżyć, zostały z czasem odłowione i przewiezione do innych ogrodów zoologicznych. w potwornie zniszczonym i rozszabrowanym mieście trzeba było zadbać przede wszystkim o ludzi, którzy w latach 1945-1947 zamieszkali w zabudowaniach na terenie ZOO. Nie było tu wprawdzie ani jednej całej szyby, ale za to każdy budynek miał własną kotłownię. Można było założyć też ogródek. Ostatni lokatorzy wyprowadzili się z budynków ZOO w latach sześćdziesiątych.  

Notka w gazecie z 1948 roku o otwarciu ZOO we Wrocławiu

18 lipca 1948 roku, "już w Polsce", ponownie otwarto bramy wrocławskiego ZOO. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było odbudować pawilony (podobno do odbudowy posłużyły granitowe płyty z likwidowanych niemieckich cmentarzy), odzyskać zwierzęta, które ocalały i przez trzy lata mieszkały w ogrodach zoologicznych Krakowa, Łodzi i Poznania.

Los był łaskawy dla Lorbasa, hipopotama nilowego, który wojnę przetrwał na wsi pod Wrocławiem. Wróciła z Krakowa niedźwiedzica Lola – przeżyła wojenny odstrzał, ukrywszy się głęboko w swojej jamie. W kolejnych tygodniach do Wrocławia przybył Astor, dorodny lew, orangutany Romeo i Julia. Dyrektorem został Karol Łukasiewicz, autor cytowanej wcześniej książki. ZOO posiadało wówczas około 100 gatunków zwierząt - tych ocalałych i tych podarowanych przez prywatnych darczyńców, przez Lasy Państwowe i z innych ogrodów zoologicznych.

W 1955 roku przyjechała z Holandii młoda słonica, Kama. w 1957 roku we Wrocławiu zamieszkała pierwsza i jedyna wówczas w Polsce żyrafa. W tym samym, 1957 roku, ogród dostał teren po Wystawie Ziem Odzyskanych, powiększono go i uruchomiono nowe wejście. Neon z lwem (podobno na pamiątkę pierwszego "powojennego" lwa Astora) umieszczono nad nim w 1958 roku.

Ogród Zoologiczny, 1955 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Ogród Zoologiczny, 1956 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Ogród Zoologiczny, nowe wejście, 1961 / fot. archiwum ZOO Wrocław

Wrocławska placówka ma dziś trzeciego z kolei "powojennego" dyrektora, Radosława Ratajszczaka. Zastąpił on w 2007 roku emerytowanego dra Antoniego Gucwińskiego i natychmiast zabrał się za intensywną rozbudowę ogrodu: dziś wrocławskie ZOO zajmuje 33 hektary, mieszka w nim prawie 5 tys. zwierząt. Ma jedno z najpiękniejszych Afrykariów, o którego powstaniu pisaliśmy w nr 1/2015 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk.

Wrocławskie ZOO jest najstarszym ogrodem zoologicznym na ziemiach polskich, choć nie „najstarszym polskim” (założyli go wszak Niemcy, więc wyprzedza go ogród w Poznaniu, założony od zera przez Polaków). Jest największym i najchętniej odwiedzanym ogrodem zoologicznym w Polsce. Wpisano go do prestiżowych stowarzyszeń - Światowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów oraz Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów.

Przybliżając początki wrocławskiego ZOO zaprezentowaliśmy archiwalne zdjęcia. Za ich udostępnienie dziękujemy Joannie Kij z Wrocławskiego ZOO. Część zdjęć pochodzi z portalu fotopolska.eu i dolny-slask.org.pl. ZOO i Afrykarium można zwiedzać od poniedziałku do czwartku w godzinach od 9 do 18, w piątki, soboty, niedziele i święta od 9 do 19. Wszelkie niezbędne informacje na stronie www.zoo.wroclaw.pl

Serdecznie zachęcamy do uzupełnienia niniejszego tekstu o własne zdjęcia, wspomnienia – te dawniejsze, i te jak najbardziej aktualne.




Zoo Wrocław otwarte jest we wszystkie dni w roku (także w święta) od godziny 9. Od kwietnia do września od poniedziałku do czwartku do 18, od piątku do niedzieli i w święta do 19, w marcu i październiku od poniedziałku do czwartku do 17, od piątku do niedzieli i w święta do 18, od listopada do lutego od poniedziałku do czwartku do 16, od piątku do niedzieli i w święta do 17. Kasy zamykane są zawsze 1 godzinę wcześniej.


Cena biletu normalnego to 45 zł, z kartą Urban Card Premium - 30 zł, ulgowy 35 zł, z kartą Urban Card Premium - 20 zł, rodzinny - 150 zł, z kartą Urban Card Premium - 120 zł, karta roczna normalna - 120 zł, ulgowa - 80 zł, bezpłatnie dzieci do lat 3 i seniorzy 75+.


Najłatwiej dojechać komunikacją miejską. Tramwaje (przystanek ZOO): 1, 2 (bezpośrednio z dworca kolejowego Wrocław Główny, ok. 20 min.), 4 i 10. 

8 miejsc na romantyczne tête-à-tête na Dolnym Śląsku

lutego 14, 2018
Dolny Śląsk to jeden z najpiękniejszych i najbardziej wewnętrznie zróżnicowanych regionów naszego kraju. Znajdują się tutaj tajemnicze zamki, urocze pałace, piękne góry i pełne uroku miasteczka, w których można się z miejsca zakochać.

Wojciech Głodek

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie najlepiej wybrać się na randkę? Czy lepiej spędzić czas z ukochaną osobą aktywnie przemierzając górskie szlaki czy może przechadzając się po zamkowych komnatach? Odwiedzić miejsce znane wszystkim czy przez wszystkich zapomniane, w którym można być tylko we dwoje? Gdzie więc spędzić Walentynki na Dolnym Śląsku? Na pewno jest wiele miejsc, do których można zabrać swoją drugą połówkę na Święto Zakochanych, my zaproponujemy Wam 8, które warto odwiedzić (nie tylko) 14 lutego.

Widok na Szrenicę / fot. Daniel Koszela

W kurorcie

Czy można na Dolnym Śląsku poczuć się jak w alpejskim kurorcie? Można, wystarczy odwiedzić w zimie Szklarską Porębę. Miejscowość ta jest znaną i cenioną stacją klimatyczną już od połowy XIX wieku. Częste wiatry oraz ukształtowanie terenu sprawiają, że w Szklarskiej Porębie następuje bardzo szybka wymiana powietrza. Dzięki temu, co niezmiernie ważne w czasach wszechobecnego smogu, Szklarska Poręba znalazła się wśród trzech miast z najczystszym powietrzem w Polsce.

Warunki klimatyczne Jakuszyc (to dzielnica Szklarskiej Poręby tuż przy granicy z Czechami) i działalność Stowarzyszenia Bieg Piastów sprawiły, że powstała tu unikalna w skali kraju, rozbudowana sieć narciarskich tras biegowych liczących ponad 100 kilometrów. Kilkanaście kilometrów tras znajdą w okolicach Szklarskiej Poręby także miłośnicy zjazdów, a przed piechurami otwiera się właściwie nieograniczona liczba szklaków i ścieżek. Można chodzić "tradycyjnie" lub skorzystać z rakiet śnieżnych, oczywiście - po opanowaniu techniki chodzenia na nich, bo wcale nie jest to takie proste!

Stoki górującej nad Szklarską Porębą Szrenicy to idealne miejsce do uprawiania ski-touringu, czyli turystyki na nartach. Narta skitourowa umożliwia podnoszenie pięty podczas podchodzenia i przemieszczania się po płaskim terenie (jak w biegówkach) i jej zablokowanie, gdy chcemy zjeżdżać. Po dniu pełnym wrażeń albo zamiast – jeśli chcemy jednak spędzić wyjazd mniej aktywnie – w Szklarskiej Porębie można znaleźć sporo przytulnych lokali na ciasto lub kawę albo solidny obiad i dobre piwo.

Jak dotrzeć? 
Najłatwiej pociągiem. Do dyspozycji jest: 10 połączeń kolejowych z Wrocławiem (w tym 1 bezpośrednie z Poznaniem i 2 pośpieszne z Warszawą z wagonami bezpośrednimi do Gdyni) - pociągi stają na 3 stacjach: Górna (najbliżej centrum), Średnia i Dolna; ponadto ok. 20 połączeń autobusowych z Jelenią Górą. Autobusy zatrzymują się na kilku przystankach, najbliżej centrum jest Szklarska Poręba dworzec autobusowy.

Park Szachowy w Polanicy-Zdroju / fot. Adam Samuel
Dla chętnych do mniej aktywnego spędzania czasu, miłośników spacerów i uroczych kawiarenek znakomitym wyborem będzie któryś z dolnośląskich zdrojów. My wybraliśmy dla Was Polanicę-Zdrój. Dlaczego? Bo po wyjściu z dworca trafiamy na namalowane na drzewie… serduszko. Nie jest to jednak wyraz płomiennego uczucia jakiegoś mieszkańca lub turysty do ukochanej, ale oznaczenia miejskiego szlaku turystycznego.

Polanica-Zdrój ma przede wszystkim charakter uzdrowiskowy i właśnie lecznicze wody oraz zażywający ich dobrodziejstw kuracjusze nadają kierunek rozwojowi lokalnej gospodarki. W przerwach między kuracjami można skorzystać z bogatej oferty rozrywek kulturalnych – w uzdrowisku zwłaszcza muzykę słychać na każdym kroku. O innych atrakcjach tego kłodzkiego kurortu pisaliśmy dla Was w zimowym numerze kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk 4/2014

Zapewne każdy, kto przyjedzie do Polanicy-Zdroju na Walentynki, zakocha się w tym mieście i uzna, że warto tu jeszcze wrócić. I przez to też zapewne na zawsze z sercem będzie się Wam już kojarzyć Polanica-Zdrój. A jeśli polubicie odwiedzanie zdrojów (a prawie 1/4 polskich uzdrowisk leży na Dolnym Śląsku), to koniecznie zajrzyjcie także do naszego nowego wydawnictwa Przystanek Uzdrowisko.

Jak dotrzeć? 
Najprościej pociągiem. Dociera tu codziennie 9 lokalnych pociągów z Kłodzka (w tym 1 bezpośredni z Legnicy, 4 z Wałbrzycha, 3 z Wrocławia) oraz 2 weekendowe pociągi dalekobieżne łączące kłodzkie zdroje z Katowicami oraz Gdynią przez Poznań i Bydgoszcz.

Zamek Książ / fot. Dorota Mazur

Na zamku

Cóż bardziej romantycznego niż zamkowe komnaty, jedyny w swoim rodzaju klimat tworzony przez stare mury, pamiętające tyle przeróżnych – także miłosnych – historii? Dlatego rozważając walentynkowy wyjazd, warto właśnie zamki wziąć pod uwagę.

Zamek Książ w Wałbrzychu to jedna z najlepszych miejscówek dla eksploratorów, historyków i miłośników tajemnic. Jest to trzeci pod względem wielkości zamek w Polsce (po Malborku i Wawelu), który swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza głównie dwudziestowiecznej przebudowie zleconej przez Jana Henryka XV Hochberga księcia von Pless, której ogrom i koszty przyczyniły się do bankructwa tego jednego z najbogatszych śląskich rodów.

W historii zamku można znaleźć niejedną historię z uczuciem w tle, szczególnie jednak warto obejrzeć wystawę starych zdjęć, których autorem był... zamkowy kucharz. Wzruszające są zdjęcia rodzinne Hochbergów, księżnej Daisy, dzieci, których postaci udało się autorowi uchwycić podczas edukacji, ale i zabawy, z obliczami zatroskanymi i poważnymi, ale i rozświetlonymi uśmiechami.

Dzięki tym zdjęciom widzimy Książ w czasach jego największej świetności – gdy był zamieszkiwany przez rodzinę Hochbergów oraz cały dwór, bo pamiętać trzeba, że Hochbergowie mieli tutaj 300 osób służby (spośród których setka zamieszkiwała 4 piętro), a wokół zamku pracowało dodatkowo blisko 200 osób. O tej wystawie i niezwykłej historii odkrycia samych zdjęć pisaliśmy już w zeszłym roku.

Jak dotrzeć?
Najłatwiej pociągiem do stacji Wałbrzych Miasto. Po wyjściu z dworca kierujemy się w lewo i przechodzimy na drugą stronę ulicy na przystanek Armii Krajowej - Dworzec Miasto, skąd na zamek można dojechać autobusem linii 8 (wybrane kursy, średnio co godzinę, jedziemy do pętli około 30 min.). Do Wałbrzycha dociera ponad 20 pociągów regionalnych z Wrocławia (w tym dalekobieżne z Poznania, Katowic, Łodzi, Przemyśla, Bialegostoku czy Warszawy) i 14 z Jeleniej Góry.

Carpaccio wołowe, truflowy dressing i lody musztardowe / fot. Wojciech Głodek
Zamek Topacz to zachowany wraz z kompleksem budynków obiekt zaadaptowany na czterogwiazdkowy hotel. Na jego terenie znajduje się Muzeum Motoryzacji posiadające kolekcję ponad 80 pojazdów, w której obejrzeć można unikalne pojazdy przedwojenne, jak np. Fiat 508, Sokoły 1000, 600 i 200, motocykle MOJ, Perkun czy Podkowa; wszystkie seryjnie produkowane modele motocykli marki WFM, WSK, SHL i Junak oraz polskie motorowery; samochody PRL: Mikrus, Syrena 100, Warszawa M20, Nysa N59, Fiat 125p, 126p i Polonez; motocykle NRD, samochody Skoda i Wartburg; niemieckie motocykle II Wojny Światowej.

Jednak na Święto Zakochanych proponujemy Wam przede wszystkim odwiedzić hotelową restaurację i zdecydować się na jeden z sezonowych zestawów degustacyjnych. Dlaczego akurat taki zestaw? Menu degustacyjne to jeden zestaw składający się z kilku dań, w którym to zesstawie porcje są nieco mniejsze niż w zestawach serwowanych z karty, dzięki czemu nie trzeba w tych daniach wybierać, lecz można delektować się każdym z nich. No właśnie… Delektować.

Jeśli chcecie wiedzieć, co może wchodzić w skład takiego menu, zajrzyjcie na bloga Smaki Dolnego Śląska, gdzie opisujemy zestaw, którym mieliśmy okazję cieszyć podniebienia latem na zaproszenie Zamku Topacz.

Jak dotrzeć?
Najłatwiej wrocławską komunikacją miejską. Trzeba pojechać autobusem linii 612 spod dworca głównego lub z pętli Krzyki do przystanku Ślęza (ul. Przystankowa). Stąd do zamku dochodzimy w 10 min. idąc ulicą Główną. 

Przed schroniskiem "Samotnia" / fot. Michał Zimny

W górach

W górach jest wszystko, co kocham. Tak może powiedzieć zapewne wielu z Was. Czy można więc wyobrazić sobie lepszy plan na spędzenie Dnia Zakochanych niż wybranie się ze swoją drugą połówką na szlak? Oczywiście nie namawiamy Was do tak ekstremalnego podejścia, aby w środku zimy zdecydować się na walentynkową kolację w plenerze.

Na szczęście w Sudetach, a szczególnie w Karkonoszach, jest całkiem sporo schronisk, gdzie taką romantyczną wyprawę na zimowym szlaku możecie zakończyć. My wybraliśmy dla Was jedno z najstarszych schronisk w Polsce. Pierwsze wzmianki o budzie pasterskiej w tym miejscu, która przyjmowała na nocleg turystów, pochodzą już z końca XVII wieku.

Obecny budynek "Samotni" powstał w kilku etapach w wieku XIX. Sala bufetowa ma na pewno ponad 100 lat, a dzwon na charakterystycznej wieży z sygnaturką jest datowany na rok 1861. Czas można spędzić albo w klimatycznym wnętrzu, albo przed schroniskiem podziwiając majestatyczne ściany Kotła Małego Stawu.

Jak dotrzeć? 
Najprościej niebieskim szlakiem z Karpacza od pętli szlaków Karpacz Biały Jar (gdzie też jest przystanek autobusów PKS, kilkanaście codziennych połączeń z Jelenią Górą) przez Kościół Wang. W zimie na ostatnim odcinku wyznaczone jest stałe obejście drogą gospodarczą ze względu na zagrożenie lawinowe.

Dziedziniec zamku Bolczów / fot. Marcin Srokowski

Z dala od szlaku

Już wcześniej polecaliśmy Wam aż dwa zamki na spędzenie Walentynek. Teraz będzie trzeci. Tym razem to jednak propozycja dla tych, którym za bardzo na wygodzie i cieple nie zależy. Ruiny zamku Bolczów wznoszą się nad Janowicami Wielkimi i przez wielu uważane są za bardzo romantyczne. Jest to bardzo dobre miejsce na urządzenie pikniku. Co roku też znajdują się chętni na odwiedzenie tej warowni, aby spędzić w niej Sylwestra i przywitać w niej Nowy Rok. Czemu więc nie zaprosić tu swojej ukochanej lub ukochanego w Walentynki?

Jak dotrzeć?
Pociągiem relacji Wrocław Główny – Jelenia Góra/Szklarska Poręba do stacji Janowice Wielkie (kilkanaście połączeń w dobie), skąd w niecałą godzinę niezbyt trudnym szlakiem zielonym można dotrzeć na miejsce.

Między Orlem a Chatką Górzystów / fot. Mateusz Brodziński
Góry Izerskie o łagodnych wierzchowinach stanowią obszar trochę bezludny, stąd są idealnym miejscem do podziwiania nocnego nieba. To tu prawie 10 lat temu Instytut Astronomiczny Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Instytut Astronomiczny Akademii Nauk Republiki Czeskiej utworzyły pierwszy transgraniczny (i pierwszy w Polsce) park ciemnego nieba, czyli obszar terenu wyznaczony do ochrony przed zanieczyszczeniem światłem.

Parki ciemnego nieba umożliwiają prowadzenie obserwacji astronomicznych, które w innych warunkach byłyby niemożliwe. Można tu dostrzec nawet do 2 tysięcy gwiazd, podczas gdy w obszarach zurbanizowanych często trudno doliczyć się nawet 100 obiektów na nocnym niebie. Nie ma tu oczywiście żadnej infrastruktury, ale jeśli ciepło się ubierzecie, to możecie spędzić wieczór (lub noc) w otoczeniu niezapomnianych widoków.

Jak dotrzeć?
Niebieskim szlakiem łączącym Szklarską Porębę i Świeradów-Zdrój. Do Szklarskiej Poręby najlepiej dojechać pociągiem - do dyspozycji jest: 10 połączeń kolejowych z Wrocławiem (w tym 1 bezpośrednie z Poznaniem i 2 pośpieszne z Warszawą z wagonami bezpośrednimi do Gdyni). Do Świeradowa-Zdroju docierają tylko autobusy i busy – 13 połączeń w dni robocze i 5 w dni wolne z Jelenią Górą, 11 połączeń tylko w dni robocze - z Lubaniem.

Widok sanktuarium w Krzeszowie z Góry św. Anny / fot. Michał Machnacki

W kościele

To może wydawać się najbardziej niezwykła propozycja, jednak może akurat warto wybrać się na Święto Zakochanych do Krzeszowa. Nie sposób wymienić wszystkich wybitnych architektów, rzeźbiarzy czy malarzy, którzy stworzyli to, co można zobaczyć we wnętrzu świątyni i na zewnątrz. Wiadomo, że opaci z Krzeszowa zatrudniali artystów z najwyższej półki. Prócz wspaniałej bazyliki warto zwiedzić cały kompleks, o którym pisaliśmy w zimowym wydaniu kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk 4/2017.

W Mauzoleum Piastów Śląskich w Krzeszowie w ołtarzu św. Jadwigi znajdują się relikwie św. Walentego, czyli patrona wszystkich zakochanych, od którego cała ta historia i "świętowanie" się zaczęło. Walenty żył za panowania cesarza rzymskiego, który uważał, że najlepsi żołnierze to tacy, którzy nie mają rodzin. Cesarz zabraniał więc młodym mężczyznom brać ślub. Biskup Walenty zaś takich ślubów udzielał po kryjomu, za co został stracony. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku, a w jej przeddzień napisał Walenty list do swojej ukochanej, który podpisał... Od Twojego Walentego.

Jak dojechać?
Nie jest łatwo. Od lat 90. nie kursują tu już pociągi, a gmina Kamienna Góra robi wszystko, aby rozebrać całą linię kolejową. Pozostaje komunikacja autobusowa. W dni robocze i szkolne jest kilkanaście połączeń z Kamienną Górą, w dni wolne - zaledwie 2. Do Kamiennej Góry można dotrzeć pociągiem tylko w letnie weekendy, przez resztę roku pozostają busy z Wałbrzycha.

To nasze zestawienie, które jednak może być dla Was jedynie inspiracją. A jakie jest Wasze ulubione dolnośląskie miejsce do spędzenia romantycznego wieczoru z ukochaną osobą?
Obsługiwane przez usługę Blogger.