Featured

12/recent

Najstarszy ogród zoologiczny na ziemiach polskich

lipca 19, 2018
🖎 Iwona Błach

10 lipca 1865 roku Wrocław (wówczas jeszcze niemieckie Breslau) oficjalnie dołączył do listy ośmiu niemieckich miast, których mieszkańcy mogli cieszyć się ogrodami zoologicznymi. O powstanie ZOO starali się profesorowie i urzędnicy. 

Początki były trudne: miasto wprawdzie przekazało teren pod ogród, ale nie chciało partycypować w kosztach – założono więc spółkę akcyjną i taki status ZOO utrzymywał się do 1945 roku. Pieniędzy na start było niewiele, pierwsze zwierzęta podarowali myśliwi. W chwili otwarcia wystawiono w większości rodzimą faunę (daniele, lamy, niedźwiedzie, sarny, wilki) oraz strusie, wielbłądy i jedną zebrę - łącznie na obszarze 9 hektarów znalazło się 400 sztuk zwierząt 50 gatunków.

Hipopotam Jakub we wrocławskim ZOO, 1909 / źródło: fotopolska.eu
Widok na pawilon dla niedźwiedzi w ogrodzie zoologicznym, 1911 / źródło: fotopolska.eu
Żyrafy we wrocławskim ogrodzie zoologicznym, ok. 1930 roku / źródło: dolny-slask.org.pl
Sporo o pochodzeniu zwierząt można się dowiedzieć z książki pierwszego powojennego dyrektora wrocławskiego ZOO, Karola Łukaszewicza "Ogrody zoologiczne. Wczoraj – dziś – jutro". Czytamy tam m.in. książę Sułkowski z Rydzyny ofiarował dwa dziki, Czartoryski – jelenia, Pusłowski ze Słonima – rysia. Zwierzęta początkowo mieszkały w szopach i stajniach, jednak ZOO z czasem stało się na tyle popularne, że jego dochody pozwoliły na rozbudowę ogrodu i zakup nowych zwierząt.

W 1870 roku od właściciela objazdowej menażerii, Scholtza, zakupiono kilkadziesiąt zwierząt za niebagatelną sumę 4,5 tysiąca talarów. W 1873 roku udało się za 700 funtów (450 plus dostawa) kupić pierwszego słonia. Theodor był angielskim arystokratą (wcześniej mieszkał w londyńskim ZOO), pieniądze zebrano, organizując loterię fantową. Pomysłodawcą loterii był kupiec, Teodor Heinrich – i to po nim słoń otrzymał imię.

W roku 1876 – ku uciesze gawiedzi – zorganizowano wystawę ludów etnicznych. Dostarczył ich via Hamburg jeden ze słynnych niemieckich handlarzy zwierzętami, Carl Hagenbeck. We Wrocławiu "gościli" wówczas Beduini, a po latach – Tunezyjczycy (zapewnili ZOO rekord – w 1904 roku z tej okazji ZOO w ciągu 9 godzin odwiedziło 41 tys. osób!

Pokazy Beduinów, ok 1908 roku / fot. archiwum ZOO Wrocław
Tłumy odwiedzających ZOO we Wrocławiu, 1914 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Pawilon wielkich drapieżców ok. 1895 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Spacerowicze w ZOO we Wrocławiu ok 1890 / fot. archiwum ZOO Wrocław

Będące spółką akcyjną ZOO przynosiło zyski, dawało wiele radości odwiedzającym, prężnie się rozwijało. Wrocławski ogród zoologiczny od początku swego istnienia szczycił się dużymi osiągnięciami: pierwszymi w niewoli narodzinami tapira malajskiego; rekordową długością życia goryla w niewoli – sprowadzona w 1894 roku z Liverpoolu Pussi przeżyła tu aż 7 lat; legendą tego ogrodu stał się szympans, Moritz – uwielbiany przez personel i zwiedzających spryciarz, który palił papierosy, popijał herbatę i bawił gości jazdą na rowerze.

W kolejnych latach do kolekcji dołączyły mrówkojad, hipopotamy, foki, tapiry, pelikany, lew, tygrys, manat. Co jakiś czas zamieszczano w prasie anons, że Ogród szuka karmiącej suki czy kotki – na mamkę dla swoich małych podopiecznych.  

Od początku istnienia placówki zadbano o jej stopniową rozbudowę i o estetykę. Pomieszczenia dla zwierząt projektował nie byle kto, bo dwaj czołowi wrocławscy architekci tamtych czasów: Carl J.B. Lüdecke, Carl Schmidt czy Albert Grau. W 1935 roku do budowniczych obiektów ZOO dołączył Richard Konwiarz – wg jego projektu zbudowano modernistyczną bramę, określaną jako "parafraza Bramy Brandenburskiej". Na uwagę zasługują też "baszta niedźwiedzi" (najstarszy z budynków), małpiarnia zbudowana w stylu mauretańskim, ptaszarnia, drewniana japońska brama do ogrodu.

Ciężkie czasy po raz pierwszy przyszły wraz z I wojną światową. Placówka została zamknięta 1 kwietnia 1921 roku – nie miała pieniędzy, by się utrzymać. Część zwierząt padła z głodu, przez miesiąc wyprzedawano te jeszcze ocalałe – kupiły je ogrody w Berlinie, Lipsku, Kolonii. Przez sześć lat teren ZOO był zwyczajnym, otwartym dla wszystkich parkiem, słoniarnia – restauracją i salą koncertową, ptaszarnia – kawiarnią.

Drugi oddech ZOO złapało w 1927 roku. W ciągu kilku tygodni firma L.Rhue z Zagłębia Rury dostarczyła 1800 sztuk zwierząt 480 gatunków. Ogród znowu dawał radość i cieszył się świetną reputacją – plasował się w światowej czołówce ogrodów zoologicznych. W czasie II wojny światowej wrocławskie ZOO było azylem dla zwierząt z innych niemieckich ogrodów – w dokumentach są np. ślady przyjazdu słoni z Norymbergi i Düsseldorfu. Miejsce uchodziło za oazę spokoju.
Szympans Moritz i jego opiekun Erich Haertel, ok. 1931 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Blankiet akcji ZOO z 1938 roku
Okładka ostatniego niemieckiego przewodnika Zoo Breslau z 1941

Kolejny raz "zło" przekroczyło bramy wrocławskiego ZOO w 1945 roku. Ostrzał zniszczył klatki, a przerażone zwierzęta uciekały. Z wychłodzenia zginął manat (w jego pawilonie wybito wszystkie szyby), kilka szympansów i hipopotam. Zdezorientowane i przerażone zwierzęta błąkały się po ulicach. Komendant Festung Breslau podjął wówczas decyzję o odstrzale zwierząt "potencjalnie niebezpiecznych". Zastrzelono słonie, dzikie koty, niedźwiedzie. Potem niektóre zwierzęta stały się źródłem mięsa dla szabrowników. Straszne są wspomnienia świadków tamtych wydarzeń. Przeczytałam je i… nie zacytuję. Na ich bazie w 1975 roku powstał wstrząsający film Egzekucja w ZOO.

Zwierzęta, którym udało się przeżyć, zostały z czasem odłowione i przewiezione do innych ogrodów zoologicznych. W potwornie zniszczonym i rozszabrowanym mieście trzeba było zadbać przede wszystkim o ludzi, którzy w latach 1945-1947 zamieszkali w zabudowaniach na terenie ZOO. Nie było tu wprawdzie ani jednej całej szyby, ale za to każdy budynek miał własną kotłownię. Można było założyć też ogródek. Ostatni lokatorzy wyprowadzili się z budynków ZOO w latach sześćdziesiątych.  

Notka w gazecie z 1948 roku o otwarciu ZOO we Wrocławiu

18 lipca 1948 roku, "już w Polsce", ponownie otwarto bramy wrocławskiego ZOO. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było odbudować pawilony (podobno do odbudowy posłużyły granitowe płyty z likwidowanych niemieckich cmentarzy), odzyskać zwierzęta, które ocalały i przez trzy lata mieszkały w ogrodach zoologicznych Krakowa, Łodzi i Poznania.

Los był łaskawy dla Lorbasa, hipopotama nilowego, który wojnę przetrwał na wsi pod Wrocławiem. Wróciła z Krakowa niedźwiedzica Lola – przeżyła wojenny odstrzał, ukrywszy się głęboko w swojej jamie. W kolejnych tygodniach do Wrocławia przybył Astor, dorodny lew, orangutany Romeo i Julia. Dyrektorem został Karol Łukasiewicz, autor cytowanej wcześniej książki. ZOO posiadało wówczas około 100 gatunków zwierząt - tych ocalałych i tych podarowanych przez prywatnych darczyńców, przez Lasy Państwowe i z innych ogrodów zoologicznych.

W 1955 roku przyjechała z Holandii młoda słonica, Kama. W 1957 roku we Wrocławiu zamieszkała pierwsza i jedyna wówczas w Polsce żyrafa. W tym samym, 1957 roku, ogród dostał teren po Wystawie Ziem Odzyskanych, powiększono go i uruchomiono nowe wejście. Neon z lwem (podobno na pamiątkę pierwszego "powojennego" lwa Astora) umieszczono nad nim w 1958 roku.

Ogród Zoologiczny, 1955 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Ogród Zoologiczny, 1956 / fot. archiwum ZOO Wrocław
Ogród Zoologiczny, nowe wejście, 1961 / fot. archiwum ZOO Wrocław

Wrocławska placówka ma dziś trzeciego z kolei "powojennego" dyrektora, Radosława Ratajszczaka. Zastąpił on w 2007 roku emerytowanego dra Antoniego Gucwińskiego i natychmiast zabrał się za intensywną rozbudowę ogrodu: dziś wrocławskie ZOO zajmuje 33 hektary, mieszka w nim prawie 5 tys. zwierząt. Ma jedno z najpiękniejszych Afrykanariów, o którego powstaniu pisaliśmy w nr 1/2015 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk.

Wrocławskie ZOO jest najstarszym ogrodem zoologicznym na ziemiach polskich, choć nie „najstarszym polskim” (założyli go wszak Niemcy, więc wyprzedza go ogród w Poznaniu, założony od zera przez Polaków). Jest największym i najchętniej odwiedzanym ogrodem zoologicznym w Polsce. Wpisano go do prestiżowych stowarzyszeń - Światowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów oraz Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów.

Przybliżając początki wrocławskiego ZOO zaprezentowaliśmy archiwalne zdjęcia. Za ich udostępnienie dziękujemy Joannie Kij z Wrocławskiego ZOO. Część zdjęć pochodzi z portalu fotopolska.eu i dolny-slask.org.pl. ZOO i Afrykanarium można zwiedzać od poniedziałku do czwartku w godzinach od 9 do 18, w piątki, soboty, niedziele i święta od 9 do 19. Wszelkie niezbędne informacje na stronie www.zoo.wroclaw.pl

Serdecznie zachęcamy do uzupełnienia niniejszego tekstu o własne zdjęcia, wspomnienia – te dawniejsze, i te jak najbardziej aktualne.

8 miejsc na romantyczne tête-à-tête na Dolnym Śląsku

lutego 14, 2018
Wojciech Głodek

Dolny Śląsk to jeden z najpiękniejszych i najbardziej wewnętrznie zróżnicowanych regionów naszego kraju. Znajdują się tutaj tajemnicze zamki, urocze pałace, piękne góry i pełne uroku miasteczka, w których można się z miejsca zakochać.
Na pewno jest wiele miejsc, do których można zabrać swoją drugą połówkę na Święto Zakochanych, my zaproponujemy Wam 8, które warto odwiedzić (nie tylko) 14 lutego.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie najlepiej wybrać się na randkę? Czy lepiej spędzić czas z ukochaną osobą aktywnie przemierzając górskie szlaki czy może przechadzając się po zamkowych komnatach? Odwiedzić miejsce znane wszystkim czy przez wszystkich zapomniane, w którym można być tylko we dwoje? Gdzie więc spędzić Walentynki na Dolnym Śląsku?

Widok na Szrenicę / fot. Daniel Koszela

W kurorcie

Czy można na Dolnym Śląsku poczuć się jak w alpejskim kurorcie? Można, wystarczy odwiedzić w zimie Szklarską Porębę. Miejscowość ta jest znaną i cenioną stacją klimatyczną już od połowy XIX wieku. Częste wiatry oraz ukształtowanie terenu sprawiają, że w Szklarskiej Porębie następuje bardzo szybka wymiana powietrza. Dzięki temu, co niezmiernie ważne w czasach wszechobecnego smogu, Szklarska Poręba znalazła się wśród trzech miast z najczystszym powietrzem w Polsce.

Warunki klimatyczne Jakuszyc (to dzielnica Szklarskiej Poręby tuż przy granicy z Czechami) i działalność Stowarzyszenia Bieg Piastów sprawiły, że powstała tu unikalna w skali kraju, rozbudowana sieć narciarskich tras biegowych liczących ponad 100 kilometrów. Kilkanaście kilometrów tras znajdą w okolicach Szklarskiej Poręby także miłośnicy zjazdów, a przed piechurami otwiera się właściwie nieograniczona liczba szklaków i ścieżek. Można chodzić "tradycyjnie" lub skorzystać z rakiet śnieżnych, oczywiście - po opanowaniu techniki chodzenia na nich, bo wcale nie jest to takie proste!

Stoki górującej nad Szklarską Porębą Szrenicy to idealne miejsce do uprawiania ski-touringu, czyli turystyki na nartach. Narta skitourowa umożliwia podnoszenie pięty podczas podchodzenia i przemieszczania się po płaskim terenie (jak w biegówkach) i jej zablokowanie, gdy chcemy zjeżdżać. Po dniu pełnym wrażeń albo zamiast – jeśli chcemy jednak spędzić wyjazd mniej aktywnie – w Szklarskiej Porębie można znaleźć sporo przytulnych lokali na ciasto lub kawę albo solidny obiad i dobre piwo.

Jak dotrzeć? 
Najłatwiej pociągiem. Do dyspozycji jest: 10 połączeń kolejowych z Wrocławiem (w tym 1 bezpośrednie z Poznaniem i 2 pośpieszne z Warszawą z wagonami bezpośrednimi do Gdyni) - pociągi stają na 3 stacjach: Górna (najbliżej centrum), Średnia i Dolna; ponadto ok. 20 połączeń autobusowych z Jelenią Górą. Autobusy zatrzymują się na kilku przystankach, najbliżej centrum jest Szklarska Poręba dworzec autobusowy.

Park Szachowy w Polanicy-Zdroju / fot. Adam Samuel
Dla chętnych do mniej aktywnego spędzania czasu, miłośników spacerów i uroczych kawiarenek znakomitym wyborem będzie któryś z dolnośląskich zdrojów. My wybraliśmy dla Was Polanicę-Zdrój. Dlaczego? Bo po wyjściu z dworca trafiamy na namalowane na drzewie… serduszko. Nie jest to jednak wyraz płomiennego uczucia jakiegoś mieszkańca lub turysty do ukochanej, ale oznaczenia miejskiego szlaku turystycznego.

Polanica-Zdrój ma przede wszystkim charakter uzdrowiskowy i właśnie lecznicze wody oraz zażywający ich dobrodziejstw kuracjusze nadają kierunek rozwojowi lokalnej gospodarki. W przerwach między kuracjami można skorzystać z bogatej oferty rozrywek kulturalnych – w uzdrowisku zwłaszcza muzykę słychać na każdym kroku. O innych atrakcjach tego kłodzkiego kurortu pisaliśmy dla Was w zimowym numerze kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk 4/2014

Zapewne każdy, kto przyjedzie do Polanicy-Zdroju na Walentynki, zakocha się w tym mieście i uzna, że warto tu jeszcze wrócić. I przez to też zapewne na zawsze z sercem będzie się Wam już kojarzyć Polanica-Zdrój. A jeśli polubicie odwiedzanie zdrojów (a prawie 1/4 polskich uzdrowisk leży na Dolnym Śląsku), to koniecznie zajrzyjcie także do naszego nowego wydawnictwa Przystanek Uzdrowisko.

Jak dotrzeć? 
Najprościej pociągiem. Dociera tu codziennie 9 lokalnych pociągów z Kłodzka (w tym 1 bezpośredni z Legnicy, 4 z Wałbrzycha, 3 z Wrocławia) oraz 2 weekendowe pociągi dalekobieżne łączące kłodzkie zdroje z Katowicami oraz Gdynią przez Poznań i Bydgoszcz.

Zamek Książ / fot. Dorota Mazur

Na zamku

Cóż bardziej romantycznego niż zamkowe komnaty, jedyny w swoim rodzaju klimat tworzony przez stare mury, pamiętające tyle przeróżnych – także miłosnych – historii? Dlatego rozważając walentynkowy wyjazd, warto właśnie zamki wziąć pod uwagę.

Zamek Książ w Wałbrzychu to jedna z najlepszych miejscówek dla eksploratorów, historyków i miłośników tajemnic. Jest to trzeci pod względem wielkości zamek w Polsce (po Malborku i Wawelu), który swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza głównie dwudziestowiecznej przebudowie zleconej przez Jana Henryka XV Hochberga księcia von Pless, której ogrom i koszty przyczyniły się do bankructwa tego jednego z najbogatszych śląskich rodów.

W historii zamku można znaleźć niejedną historię z uczuciem w tle, szczególnie jednak warto obejrzeć wystawę starych zdjęć, których autorem był... zamkowy kucharz. Wzruszające są zdjęcia rodzinne Hochbergów, księżnej Daisy, dzieci, których postaci udało się autorowi uchwycić podczas edukacji, ale i zabawy, z obliczami zatroskanymi i poważnymi, ale i rozświetlonymi uśmiechami.

Dzięki tym zdjęciom widzimy Książ w czasach jego największej świetności – gdy był zamieszkiwany przez rodzinę Hochbergów oraz cały dwór, bo pamiętać trzeba, że Hochbergowie mieli tutaj 300 osób służby (spośród których setka zamieszkiwała 4 piętro), a wokół zamku pracowało dodatkowo blisko 200 osób. O tej wystawie i niezwykłej historii odkrycia samych zdjęć pisaliśmy już w zeszłym roku.

Jak dotrzeć?
Najłatwiej pociągiem do stacji Wałbrzych Miasto. Po wyjściu z dworca kierujemy się w lewo i przechodzimy na drugą stronę ulicy na przystanek Armii Krajowej - Dworzec Miasto, skąd na zamek można dojechać autobusem linii 8 (wybrane kursy, średnio co godzinę, jedziemy do pętli około 30 min.). Do Wałbrzycha dociera ponad 20 pociągów regionalnych z Wrocławia (w tym dalekobieżne z Poznania, Katowic, Łodzi, Przemyśla, Bialegostoku czy Warszawy) i 14 z Jeleniej Góry.

Carpaccio wołowe, truflowy dressing i lody musztardowe / fot. Wojciech Głodek
Zamek Topacz to zachowany wraz z kompleksem budynków obiekt zaadaptowany na czterogwiazdkowy hotel. Na jego terenie znajduje się Muzeum Motoryzacji posiadające kolekcję ponad 80 pojazdów, w której obejrzeć można unikalne pojazdy przedwojenne, jak np. Fiat 508, Sokoły 1000, 600 i 200, motocykle MOJ, Perkun czy Podkowa; wszystkie seryjnie produkowane modele motocykli marki WFM, WSK, SHL i Junak oraz polskie motorowery; samochody PRL: Mikrus, Syrena 100, Warszawa M20, Nysa N59, Fiat 125p, 126p i Polonez; motocykle NRD, samochody Skoda i Wartburg; niemieckie motocykle II Wojny Światowej.

Jednak na Święto Zakochanych proponujemy Wam przede wszystkim odwiedzić hotelową restaurację i zdecydować się na jeden z sezonowych zestawów degustacyjnych. Dlaczego akurat taki zestaw? Menu degustacyjne to jeden zestaw składający się z kilku dań, w którym to zesstawie porcje są nieco mniejsze niż w zestawach serwowanych z karty, dzięki czemu nie trzeba w tych daniach wybierać, lecz można delektować się każdym z nich. No właśnie… Delektować.

Jeśli chcecie wiedzieć, co może wchodzić w skład takiego menu, zajrzyjcie na bloga Smaki Dolnego Śląska, gdzie opisujemy zestaw, którym mieliśmy okazję cieszyć podniebienia latem na zaproszenie Zamku Topacz.

Jak dotrzeć?
Najłatwiej wrocławską komunikacją miejską. Trzeba pojechać autobusem linii 612 spod dworca głównego lub z pętli Krzyki do przystanku Ślęza (ul. Przystankowa). Stąd do zamku dochodzimy w 10 min. idąc ulicą Główną. 

Przed schroniskiem "Samotnia" / fot. Michał Zimny

W górach

W górach jest wszystko, co kocham. Tak może powiedzieć zapewne wielu z Was. Czy można więc wyobrazić sobie lepszy plan na spędzenie Dnia Zakochanych niż wybranie się ze swoją drugą połówką na szlak? Oczywiście nie namawiamy Was do tak ekstremalnego podejścia, aby w środku zimy zdecydować się na walentynkową kolację w plenerze.

Na szczęście w Sudetach, a szczególnie w Karkonoszach, jest całkiem sporo schronisk, gdzie taką romantyczną wyprawę na zimowym szlaku możecie zakończyć. My wybraliśmy dla Was jedno z najstarszych schronisk w Polsce. Pierwsze wzmianki o budzie pasterskiej w tym miejscu, która przyjmowała na nocleg turystów, pochodzą już z końca XVII wieku.

Obecny budynek "Samotni" powstał w kilku etapach w wieku XIX. Sala bufetowa ma na pewno ponad 100 lat, a dzwon na charakterystycznej wieży z sygnaturką jest datowany na rok 1861. Czas można spędzić albo w klimatycznym wnętrzu, albo przed schroniskiem podziwiając majestatyczne ściany Kotła Małego Stawu.

Jak dotrzeć? 
Najprościej niebieskim szlakiem z Karpacza od pętli szlaków Karpacz Biały Jar (gdzie też jest przystanek autobusów PKS, kilkanaście codziennych połączeń z Jelenią Górą) przez Kościół Wang. W zimie na ostatnim odcinku wyznaczone jest stałe obejście drogą gospodarczą ze względu na zagrożenie lawinowe.

Dziedziniec zamku Bolczów / fot. Marcin Srokowski

Z dala od szlaku

Już wcześniej polecaliśmy Wam aż dwa zamki na spędzenie Walentynek. Teraz będzie trzeci. Tym razem to jednak propozycja dla tych, którym za bardzo na wygodzie i cieple nie zależy. Ruiny zamku Bolczów wznoszą się nad Janowicami Wielkimi i przez wielu uważane są za bardzo romantyczne. Jest to bardzo dobre miejsce na urządzenie pikniku. Co roku też znajdują się chętni na odwiedzenie tej warowni, aby spędzić w niej Sylwestra i przywitać w niej Nowy Rok. Czemu więc nie zaprosić tu swojej ukochanej lub ukochanego w Walentynki?

Jak dotrzeć?
Pociągiem relacji Wrocław Główny – Jelenia Góra/Szklarska Poręba do stacji Janowice Wielkie (kilkanaście połączeń w dobie), skąd w niecałą godzinę niezbyt trudnym szlakiem zielonym można dotrzeć na miejsce.

Między Orlem a Chatką Górzystów / fot. Mateusz Brodziński
Góry Izerskie o łagodnych wierzchowinach stanowią obszar trochę bezludny, stąd są idealnym miejscem do podziwiania nocnego nieba. To tu prawie 10 lat temu Instytut Astronomiczny Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Instytut Astronomiczny Akademii Nauk Republiki Czeskiej utworzyły pierwszy transgraniczny (i pierwszy w Polsce) park ciemnego nieba, czyli obszar terenu wyznaczony do ochrony przed zanieczyszczeniem światłem.

Parki ciemnego nieba umożliwiają prowadzenie obserwacji astronomicznych, które w innych warunkach byłyby niemożliwe. Można tu dostrzec nawet do 2 tysięcy gwiazd, podczas gdy w obszarach zurbanizowanych często trudno doliczyć się nawet 100 obiektów na nocnym niebie. Nie ma tu oczywiście żadnej infrastruktury, ale jeśli ciepło się ubierzecie, to możecie spędzić wieczór (lub noc) w otoczeniu niezapomnianych widoków.

Jak dotrzeć?
Niebieskim szlakiem łączącym Szklarską Porębę i Świeradów-Zdrój. Do Szklarskiej Poręby najlepiej dojechać pociągiem - do dyspozycji jest: 10 połączeń kolejowych z Wrocławiem (w tym 1 bezpośrednie z Poznaniem i 2 pośpieszne z Warszawą z wagonami bezpośrednimi do Gdyni). Do Świeradowa-Zdroju docierają tylko autobusy i busy – 13 połączeń w dni robocze i 5 w dni wolne z Jelenią Górą, 11 połączeń tylko w dni robocze - z Lubaniem.

Widok sanktuarium w Krzeszowie z Góry św. Anny / fot. Michał Machnacki

W kościele

To może wydawać się najbardziej niezwykła propozycja, jednak może akurat warto wybrać się na Święto Zakochanych do Krzeszowa. Nie sposób wymienić wszystkich wybitnych architektów, rzeźbiarzy czy malarzy, którzy stworzyli to, co można zobaczyć we wnętrzu świątyni i na zewnątrz. Wiadomo, że opaci z Krzeszowa zatrudniali artystów z najwyższej półki. Prócz wspaniałej bazyliki warto zwiedzić cały kompleks, o którym pisaliśmy w zimowym wydaniu kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk 4/2017.

W Mauzoleum Piastów Śląskich w Krzeszowie w ołtarzu św. Jadwigi znajdują się relikwie św. Walentego, czyli patrona wszystkich zakochanych, od którego cała ta historia i "świętowanie" się zaczęło. Walenty żył za panowania cesarza rzymskiego, który uważał, że najlepsi żołnierze to tacy, którzy nie mają rodzin. Cesarz zabraniał więc młodym mężczyznom brać ślub. Biskup Walenty zaś takich ślubów udzielał po kryjomu, za co został stracony. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku, a w jej przeddzień napisał Walenty list do swojej ukochanej, który podpisał... Od Twojego Walentego.

Jak dojechać?
Nie jest łatwo. Od lat 90. nie kursują tu już pociągi, a gmina Kamienna Góra robi wszystko, aby rozebrać całą linię kolejową. Pozostaje komunikacja autobusowa. W dni robocze i szkolne jest kilkanaście połączeń z Kamienną Górą, w dni wolne - zaledwie 2. Do Kamiennej Góry można dotrzeć pociągiem tylko w letnie weekendy, przez resztę roku pozostają busy z Wałbrzycha.

To nasze zestawienie, które jednak może być dla Was jedynie inspiracją. A jakie jest Wasze ulubione dolnośląskie miejsce do spędzenia romantycznego wieczoru z ukochaną osobą?

Za króla Piasta Śląsk wyrasta

grudnia 25, 2017
Mówili płynnie po polsku i po niemiecku, zawsze podkreślali swoje pochodzenie od polskiej rodziny królewskiej, a jednak często wiernie służyli przeciwnikom Polski – królom Czech i cesarzom Niemie­­ckim.

Zamek Piastowski w Legnicy / fot. Wojciech Głodek
Piastowie Śląscy przez prawie 700 lat władali mniej­szy­mi lub większymi kawałkami Śląska. Po raz pierwszy dowiadujemy się o Śląsku z dokumentu Geografa Bawarskiego, nieznanego z imienia mnicha, który sporządził w Ra­tyzbonie w 845 roku Opis grodów i ziem z północnej strony Dunaju. Wiemy dzięki niemu, że w okolicach dzisiejszego Głogowa 20 grodów mieli Dziadoszanie, a dookoła Ślęży 15 grodów – Ślężanie.

Do dziś nie wiadomo, czy Śląsk, zanim znalazł się w państwie Mieszka I, znajdował się pod zwierzchnictwem czeskim. Jest to jednak możliwe, gdyż na obszarze dzisiejszych Czech struktury państwowe ukształtowały się jakieś 100 lat wcześniej niż w Polsce. Powołane w 973 roku biskupstwo praskie obej­mowało swym zasięgiem także Śląsk, trudno jednak powiedzieć, czy był to zasięg praktyczny, czy tylko teoretyczny. Opierając się na pochodzącym z 1086 roku opisie zakładania biskupstwa praskiego w 973 roku, do listy dawnych dolnośląskich plemion możemy dodać jeszcze trzy inne od już wzmiankowanych – Bobrzan, zamieszkujących między Bobrem a Kwisą, Trzebowian w oko­licach dzisiejszej Legnicy i Ja­wora oraz Chorwatów (Śląskich) w Kotlinie Kłodzkiej.

Na pewno przez dłuższy czas Czesi i Polanie rywalizowali o zajęcie tego regionu, a sprzymierzeńcami polskiego księcia pragnącego podbić Śląsk byli wtedy Niemcy! Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu X wieku Śląsk wymieniany jest jako część państwa Polan, a potwierdza to powołanie przez Sylwestra II obejmującego cały Śląsk biskupstwa wrocławskiego podlegającego metropolii gnieźnieńskiej w roku 1000.

Znanego ze zjazdu gnieźnieńskiego cesarza niemieckiego Otton III śmierć spotkała już w 1002 roku, a zamęt, który powstał w Niemczech, wykorzystał Bolesław Chrobry, który właśnie ze Śląska wyprowa­dził uderzenie w kierunku Nie­miec przesuwając granice najbar­dziej na zachód w całej tysiącletniej historii Polski. Bolesław Chrobry zajął wtedy Miśnię i Łużyce, a rozpoczęta przez niego wojna toczyła się z przerwami na śląskiej ziemi aż do 1018 roku.

Najtrudniejsza była trzecia faza tej wojny, której początek przypada na rok 1014. Jej najbardziej znaną bitwą była obrona grodu niemczańskiego w 1017 roku (od której właśnie w tym roku minęło równe tysiąclecie). Gród obległo wtedy około 12 tysięcy żołnierzy (liczba na te czasy ogromna, we Wrocławiu mieszkało wtedy niecałe 2,5 tysiąca ludzi) pod wodzą cesarza Henryka II. Obrońców wsparły dwa razy posiłki przysłane przez Bolesława, które zdołały przedostać się do oblężonego grodu w nocy i podczas burzy.

Niemcza / fot. Wojciech Głodek
Niemiecki kronikarz Thietmar zapisał, że gdy cesarz nakazał naszym zbudować różnego rodzaju machiny oblężnicze, wnet atoli ukazały się bardzo podobne do nich u przeciwnika. Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy by z większą od nich wytrwałością i bardziej przezorną zaradnością zabiegali o swoją obronę. Naprzeciw pogan [sprzymierzeńcami Niem­ców byli m.in. pogańscy Wieleci z Pomorza – przyp. aut.] wznieśli krzyż święty w nadziei, iż pokonają ich z jego pomocą. Gdy zdarzyło im się coś pomyślnego, nie wykrzykiwali nigdy radości, ale i niepowodzenia również nie ujawniali przez wylewne skargi.

Nie pomogły jednak ani machiny oblężnicze, ani wielokrotne szturmy i pomoc czeskich oraz wieleckich sojuszników. Cesarz musiał odstąpić od oblężenia, bo umacniający się coraz bardziej i stojący z wojskiem we Wrocławiu Bolesław Chrobry zaczął zagrażać jego innym ziemiom. Za wycofującym się Henrykiem Polacy dotarli aż nad Łabę pustosząc po drodze całą okolicę. Zmagania zakończyły się na początku kolejnego roku. 30 stycznia 1018 roku zawarto pokój w Budziszynie, w wyniku którego przy Polsce pozostał nie tylko Śląsk, ale też Milsko i Łużyce.

Spokój na Śląsku zapanował wtedy na jakieś 20 lat. Wykorzystując kryzys wewnętrzny w 1038 roku na Polskę najechali Czesi, zajmując cały lewobrzeżny Śląsk, czyli większość dzisiejszego Dolnego Śląska. Odzyskał go zbrojnie w 1050 roku Kazimierz I zwany później Odnowicielem, jednak Polska nie była wtedy dość silna militarnie i polski książę musiał ułożyć się z czeskim władcą pod okiem cesarza niemieckiego na zjeździe w Quedlinburgu. Śląsk pozostał przy Polsce, Czechy miały jednak otrzymywać w zamian co roku 100 kg srebra i 6 kg złota.

Trybut przestał płacić już syn Kazimierza I, Bolesław II zwany Śmiałym, co wywołało kolejną wojnę polsko-czeską. Za panowania następcy Bolesława, jego brata, Władysława Hermana do Śląska wróciła ziemia kłodzka, było to jednak wynikiem układów i ponownego rozpoczęcia płacenia trybutu po najeździe lewobrzeżnego Śląska przez księcia czeskiego Brzetysława III.

Pełną kontrolę nad Śląskiem sprawował także syn Władysława Hermana, Bolesław III Krzywousty, który jest legendarnym założycielem wielu dolnośląskich miast. To za Bolesława Krzywoustego nastąpił kolejny najazd na Śląsk, tym razem niemiecki. Za jego panowania miały miejsce niezwykle popularne w polskiej historiografii wydarzenia takie, jak obrona Głogowa czy bitwa na Psim Polu.

I o ile to pierwsze nie budzi żadnych kontrowersji, o tyle to drugie prawdopodobnie w ogóle nie miało miejsca. Jak uważają obecnie historycy nie ma żadnych dowodów na to, że bitwa na Psim Polu faktycznie się rozegrała, zaś polska i niemiecka (Hundsfeld) nazwa tego rejonu nie odnosiła się do psów rozwłóczących zwłoki, tylko do ulokowania gdzieś tu książęcej psiarni.

Kościół św. Marcina we Wrocławiu / fot. Wojciech Głodek

Po najeździe niemieckim na Śląsk miały miejsce jeszcze trzy najazdy czeskie, a wszystko zakończył zawarty w 1137 roku pokój kłodzki. Prawie cały Śląsk pozostał wtedy przy Polsce, choć wykrojono z niego kilka obszarów, między innymi ziemię kłodzką, której odrębność zachowała się aż do XVIII wieku.

W rok później Śląsk na mocy testamentu otrzymał najstarszy syn Bolesława Krzywoustego – Władysław zwany Wygnańcem. Potem sytuacja Śląska zaczęła się coraz bardziej komplikować, a dzielnica przechodziła kolejne podziały na coraz mniejsze księstwa. Pewną nadzieję dla Śląska przyniosły rządy Henryków – Henryka I Brodatego, męża św. Jadwigi Śląskiej, i ich syna Henryka II Pobożnego.

Nie dążyli oni do zjednoczenia ziem polskich, zdając sobie sprawę, że pretendentów do tytułu króla polskiego jest wielu. Chcieli umocnienia Śląska jako niezależnego europejskiego państwa. "Okres Henryków" to znaczący rozwój całego dzisiejszego Dolnego Śląska. Nastąpił gwałtowny wzrost liczby ludności, fundowano nowe wsie i miasta, sprowadzano zagranicznych, głównie niemieckich osadników.

Kres ambitnym planom Henryków położył najazd Mongołów. Po klęsce w bitwie pod Legnicą cały obszar ich księstwa został splądrowany, a rozwój Śląska zahamowany na kolejne kilkadziesiąt lat. Nigdy też już nie wrócono na poważnie do pomysłu Śląska jako niezależnego kraju na europejskiej arenie.

Żona Henryka I i matka Henryka II, św. Jadwiga, zmarła w dwa lata po swoim synu i klęsce pod Legnicą. Przebywała wtedy w klasztorze w Trzebnicy, który był jedną z jej dwudziestu fundacji kościelnych. Zmarła w nocy z 14 na 15 października 1243 roku i niemal od razu po śmierci rozpoczął się, trwający do dziś, kult Jadwigi Śląskiej. Wszyscy pamiętali, że księżna przez całe życie zajmowała się pomocą biednym i ubogim, a już w 1260 roku legat papieski Anzelm i papież Urban IV (wcześniej legat w Polsce, znający osobiście Jadwigę) rozpoczęli proces kanonizacji. Trwał tylko 7 lat.

26 marca 1267 roku papież Klemens IV w kościele dominikanów w Viterbo dokonał kanonizacji Jadwigi, którą zaczęto czcić jako patronkę Polski, a przede wszystkim całego Śląska. Za swoją świętą, Jadwigę Śląską uważali zarówno Polacy, jak i Niemcy, z których ci najbardziej religijni zimą 1945 roku właśnie do świętej Hedwig von Schlesien modlili się o ocalenie przed nacierającą Armią Czerwoną. Do dzisiaj archikatedra berlińska, ufundowana przez Fryderyka II Wielkiego w 1746 roku, jak przypuszczają historycy – dla pozyskania przychylności w dużej części katolickiej szlachty śląskiej, nosi imię św. Jadwigi.

Katedra św. Jadwigi w Berlinie / fot. Schlaier
Jadwiga, podobnie jak większość Piastów Śląskich, była dwujęzyczna. Jakim językiem rozmawiała ze swoim, także dwujęzycznym mężem, Henrykiem Brodatym, pozostanie na zawsze tajemnicą. Wszystkie przekazy pisemne z okresu pierwszych Piastów są zapisane po łacinie, stąd o tym, w jakim języku oni sami się porozumiewali, możemy wnioskować tylko pośrednio z faktów z ich życia opisywanych przez kronikarzy.

Trudno też w średniowieczu mówić o języku polskim czy niemieckim. One jeszcze wtedy nie istniały, obydwa kraje były bardzo niejednolite, a ich mieszkańcy używali wielu różnych gwar. Mimo różnic Ślężanie, Dziadoszanie czy Bobrzanie mogli się między sobą porozumieć bez większych problemów, podobnie jak dzisiaj ma to miejsce na przykład między Czechami i Słowakami. Większość z nas nie jest w stanie rozróżnić, czy tekst jest po czesku, czy po słowacku.

Pierwszy z Piastów Śląskich, czyli Władysław Wygnaniec, mówił po polsku (wychowany na krakowskim dworze książęcym w Krakowie), po rosyjsku (po matce, w wersji staroruskiej, mocniej zbliżonej do polskiego niż obecny rosyjski) i po niemiecku (dzięki macosze i swojej pierwszej żonie, w wersji bawarskiej). Podobnie trójjęzyczny był jego syn, z tą jednak różnicą, że od matki i jej dworu uczył się niemieckiego, a od żony – staroruskiego.

Kolejni Piastowie Śląscy nie trafiali już na dwór krakowski i ich kontakty ze wschodem uległy ograniczeniu, jeśli więc byli trójjęzyczni, to trzecim językiem zamiast rosyjskiego stawał się (staro)czeski. Zazwyczaj Piastowie już od dziecka posługiwali się zarówno gwarą polską, jak i niemiecką, gdyż otaczali ich dworzanie mówiący tak jednym, jak i drugim językiem.

Wspomniana św. Jadwiga, która urodziła się w Bawarii, języka polskiego nauczyła się dopiero po przybyciu na dwór swojego męża w Legnicy. Ich dzieci uczyły się obydwu języków rodziców i obydwu używały. Z kolejnymi pokoleniami było bardzo różnie, niektórzy z ponad 400 Piastów Śląskich – mimo że podkreślali, iż pochodzą z polskiej dynastii królewskiej – byli wyłącznie niemieckojęzyczni, inni zaś pielęgnowali polską mowę, jak chociażby ostatni z Piastów Śląskich, Jerzy IV Wilhelm Legnicki, który od dziecka dzięki staraniom ojca mówił po polsku i nosił szaty zgodnie z polską modą.


Przystanek Dolny Śląsk nr 4(17)/2017 zima (artykuły dostępne bezpłatnie)
Zimowy numer kwartalnika "Przystanek Dolny Śląsk" zdecydowaliśmy się poświęcić okresowi piastowskiemu w dziejach Dolnego Śląska. Skłoniły nas do tego dwie okrągłe rocznice przypadające w tym roku - 1000 lat od bitwy pod Niemczą oraz 750 lat od kanonizacji św. Jadwigi Śląskiej. Pamiątek po okresie piastowskim jest na Dolnym Śląsku całkiem sporo, my ograniczeni miejsce pokazaliśmy tylko kilka. Jeśli chcielibyście podzielić się informacja o innych zapraszamy do naszej grupy Przystanek Dolny Śląsk lub do napisania na adres: redakcja@przystanekd.pl

✎ Wojciech Głodek, 2017

Ślady po Wielkiej Wojnie na Dolnym Śląsku

listopada 11, 2017
I wojna światowa omijała Dolny Śląsk – wówczas stanowił on głębokie zaplecze frontu. Znajdując się jednak w granicach pruskich, dostarczał armii tego kraju rekrutów. W efekcie wielu mieszkańców Dolnego Śląska poległo w walkach toczonych podczas Wielkiej Wojny. Ich pamięć czczono w sposób bardzo różny: pomnikami, głazami, obeliskami, wszelkimi obiektami o charakterze cenotafów, epitafiami, pamiątkowymi tablicami…

Mauzoleum Totenburg w Wałbrzychu poświęcone pamięci 170 tysięcy Ślązaków, którzy zginęli podczas I wojny światowej, ofiarom wypadków w kopalniach i 25 lokalnym bojownikom ruchu narodowo-socjalistycznego. Współczesny widok z góry / fot. Michał Janicki

Pamiętając zaś o poległych daleko Dolnoślązakach, godnie chowano tych, co z daleka trafili na ziemie Dolnego Śląska. Wśród najważniejszych i najbardziej widocznych śladów I wojny światowej znajdowały się obiekty postawione ku czci poległych, w związku z czym było ich bardzo dużo.

Powstawały właściwie w każdej miejscowości.

W niektórych przypadkach w ostatnich miesiącach wojny, w innych – do kilku lat po jej zakończeniu. Obiekty te najczęściej lokalizowano w okolicach budowli sakralnych – kościołów, kaplic, w tym kaplic cmentarnych, często jednak trafiały do centralnych, reprezentacyjnych punktów miejscowości.

Obecnie ciągle znajdują się u nas jeszcze wszelkiego rodzaju upamiętnienia ofiar Wielkiej Wojny. Do czasów współczesnych przetrwała jednak zaledwie część takich pamiątek, na co wpływ przemożny miała II wojna światowa i jej następstwa. Niektóre z nich stoją po dziś dzień, a mijając je, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie jest ich przesłanie.

Pomnik ofiar I wojny światowej na promenadzie w Dzierżoniowie na pocztówce z lat 20. XX wieku. W tle widoczna wieża kościoła św. Jerzego.
Jednymi z częściej używanych sposobów upamiętnienia ofiar Wielkiej Wojny (jak ją wtedy nazywano, gdyż nikt nie przypuszczał że już za 20 lat wybuchnie kolejna) było na pewno stawianie pomników. Ich forma jest bardzo różna, czasami to tylko głaz lub obelisk z odpowiednią informacją, czasami pomnik z wypisanymi nazwiskami wszystkich poległych.

Niektóre są proste w formie, na innych znajdziemy różnego rodzaju ozdabiające je architektoniczne detale. Wśród tych ostatnich pojawiały się: Krzyż Żelazny, wieniec laurowy, hełm, miecze, liście dębu, lew i orzeł oraz wierzba płacząca. Często były ogradzane niskim płotkiem, czasami także odpowiednio rozsadzoną roślinnością (krzewy).

Najprostsze z wyżej scharakteryzowanej kategorii były głazy. 

Do dzisiaj znajdują się one m.in. w Świętej Katarzynie pod Wrocławiem oraz leżącym w powiecie dzierżoniowskim Roztoczniku. W gminie Siechnice w miejscowości Sulęcin przy starej lipie znajduje się natomiast olbrzymi kamień. To także pomnik ku pamięci i czci miejscowych ofiar I wojny światowej. Stoi w pobliżu skrzyżowania dróg, naprzeciw posesji ul. Klonowa 3a. Fundatorem pomnika był właściciel cegielni - Scholz-Babisch. Głaz został przetransportowany do Sulęcina w 1923 roku przez firmę Kellert z Wrocławia. Od 1964 roku chroniony jest jako pomnik przyrody nieożywionej.

W innej dolnośląskiej miejscowości - Karczyce w gminie Kostomłoty - znajduje się relikt cenotafu poświęcony poległym w I wojnie światowej żołnierzom – mieszkańcom Karczyc i okolicznych miejscowości. Został wzniesiony około roku 1918 w centrum wsi, po północnej stronie drogi prowadzącej do zespołu pałacowo-folwarcznego.

Pocztówka z lat 20. XX wieku z czterema widokami ze wsi Karczyce (niem. Kertschütz) koło Kostomłotów. W prawej dolnej części widoczny cenotaf poświęcony poległym w I wojnie światowej żołnierzom - mieszkańcom Karczyc i okolicznych miejscowości z datami 1914-1918.
W kolejnej miejscowości wchodzącej w skład gminy Kostomłoty, Paździorno, znaleźć można pomnik w postaci granitowego obelisku. Został on wystawiony przez mieszkańców wsi ofiarom I wojny światowej. Na czole obelisku umieszczono inskrypcję z nazwiskami poległych oraz datami ich śmierci. Znajduje się w obrębie parku, w jego północno-wschodnim narożu, przy rozwidleniu dróg.

W leżącej nieopodal Paździorna miejscowości Piotrowice jest jeszcze jeden głaz pełniący rolę cenotafu: upamiętniający żołnierzy - okolicznych mieszkańców, poległych w I wojnie światowej, z wyrytymi nazwiskami, wystawiony przez hrabiego Richarda zu Limburg-Strium. Znajduje się przy alei w południowej części parku (w pobliżu stajni).

Podobnie zresztą jak w innych miejscowościach tej gminy: Siemidrożyce, w których także znajdujemy cenotaf – pomnik upamiętniający okolicznych mieszkańców, poległych w wojnie francusko-niemieckiej z lat 1870-71 oraz w I wojnie światowej, wzniesiony ok. 1918 roku, usytuowany przed murem cmentarnym od zachodu.

Oszczędzajcie cokoły. Zawsze mogą się przydać.*

W miejscowości Świdnica Polska znajduje się pomnik ku czci ofiar I wojny światowej, którego powstanie datowane jest na rok 1918. Stoi przy murze cmentarnym. Po 1945 roku został zaadaptowany jako kapliczka z figurą Marii oraz figurą św. Jana Nepomucena (barokową, wykonaną z piaskowca, pochodzącą z 1722 roku), przez co dzisiaj nie od razu widać, jakiej okazji został postawiony.

Podobny do losu pomnika ze Świdnicy Polskiej jest los tego z Leśnicy, dzisiejszej dzielnicy Wrocławia. Monument znajdujący się obok dworca upamiętnia kolejarzy poległych w latach 1945-1946, ale w rzeczywistości jest to pomnik poległych w czasie I wojny światowej niemieckich żołnierzy.

Pomnik poległych w I wojnie światowej we wrocławskiej Leśnicy na zdjęciu z lat 30. XX wieku. Pomnik jest zachowany, po II wojnie światowej przemianowano go ku czci kolejarzy poległych w latach 1945-1946. Znajduje się przy ul. Jana Rubczak nieopodal dworca kolejowego Wrocław Leśnica i mimo że został jakiś czas temu odnowiony, nie prezentuje się zbyt dobrze.
Pomniki stoją jeszcze w wielu dolnośląskich miejscowościach: w Karłowie znajduje się czworoboczny monument z listą poległych, zaś Kotowice (gmina Siechnice) oraz Kiełczyn (leżący obok góry Ślęży) mogą pochwalić się pomnikami z podobizną (rzeźbą) leżącego lwa.

Inny pomnik z ozdobą znajduje się we Wrocławiu. Jest to pomnik, którego bok zdobi miecz, a znajduje się na Rędzinie. Umiejscowiono go na trójkątnym skwerze, gdzie ulica Wędkarzy łączy się z ulicą Szachistów. Pomnik jest wykonany z granitu, szeroka podstawa pomnika ma przycięte ukośnie górne krawędzie, na niej spoczywa blok o profilu w kształcie trapezu.

Na obu bokach znajdują się płaskorzeźby przedstawiająca miecz, natomiast na stronie przedniej, umieszczono inskrypcję o takiej treści: Dies Denkmal der Erinnerung geweiht an deutsches Heldentum in Grosser Zeit soll noch die späteren geschlechter Mahnen fürs Vaterland zu stehen gleich den Ahnen (Ten pomnik jest poświęcony pamięci niemieckiego męstwa w wielkich czasach i będzie przypominał następnym pokoleniom, by służyć ojczyźnie tak, jak ich przodkowie.) Z drugiej strony umieszczono listę poległych z datami ich śmierci w kolejności chronologicznej

Pomniki z ozdobnymi elementami, detalami, były zresztą dość często spotykane.

I tak pomnik z detalem - Krzyżem Żelaznym - znajduje się również w Chwalimierzu (pow. średzki). Stoi na skwerze w centralnej części wsi. Ów krzyż jest właściwie jedynym świadectwem czasów, z których pochodzi. Nie zachowała się tablica z listą nazwisk.

Pomnik z mieczem jest także w miejscowości Głoska koło Brzegu Dolnego, zaś ten w Środzie Śląskiej zdobią orzeł i Krzyż Żelazny. W miejscowości Bogdanów w gminie Środa Śląska także zachował się pomnik upamiętniający poległych w I wojnie światowej. Stoi praktycznie w centrum wsi i jest dość w dość dobrym stanie, jednak czas (i farba olejna, którą go wielokrotnie pokrywano) zrobił swoje i dzisiaj trudno odczytać dokładne informacje.

Pocztówka z 1942 roku z miejscowości Głoska (niem. Gloschkau) koło Brzegu Dolnego. W prawej górnej części widać zadbany i otoczony ogrodzeniem pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej. Do dziś zachowała się centralna część pomnika z czytelną tablicą i śladem po mieczu.
O tym, że możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że w naszej okolicy znajduje się upamiętniający poległych w Wielkiej Wojny obiekt, przekonuje historia z niewielkiej podlegnickiej miejscowości. W Wilczycach znajduje się bowiem pomnik z nazwiskami ofiar walk I wojny światowej, odkryty przez mieszkańców zupełnie niedawno, bo w roku 2012. Jego powstanie datuje się na rok 1919.

Jednym z bardziej znanych pomników jest zapewne ten wałbrzyski, który można zobaczyć w dzielnicy Podgórze. Jest to obelisk upamiętniający mieszkańców tej obecnej dzielnicy Wałbrzycha, którzy polegli na frontach I wojny światowej. Został odsłonięty w roku 1919 z inicjatywy rodzin poległych mieszkańców Podgórza.

Oczywiście wyglądał wówczas nieco inaczej, m.in. na jego zwieńczeniu umieszczony był żelazny krzyż. Jak nietrudno się domyślić – strącono go po roku 1945. Próbowano wówczas zdemontować pomnik w całości, jednak potężna żelbetonowa bryła obłożona kamieniami nie poddała się łatwo, przez co ostatecznie ją pozostawiono. Za samym pomnikiem mieścił się dodatkowo tzw. Gaj Bohaterów. Do stojących w drzew były przybite tabliczki z nazwiskami poległych mieszkańców Podgórza.

170 tysięcy Ślązaków poległych podczas I wojny światowej.

Wałbrzych ma jeszcze jedno miejsce, którego powstaniu przypisuje się podobną proweniencję. To Totenburg, który oficjalnie wybudowano w celu upamiętnienia 170 tysięcy Ślązaków poległych podczas I wojny światowej (ale nie tylko, bo także - ofiar wypadków w kopalniach i bojowników ruchu narodowo-socjalistycznego). O tym, czym jednak faktycznie był Totenburg i jaka była jego historia, napiszemy innym razem.

Mauzoleum Totenburg w Wałbrzychu poświęcone pamięci 170 tysięcy Ślązaków, którzy zginęli podczas I wojny światowej, ofiarom wypadków  w kopalniach i 25 lokalnym bojownikom ruchu narodowo-socjalistycznego. Powstał w latach 1936-1938 według projektu Roberta Tischlera z inicjatywy Ludowego Związku Opieki nad Niemieckimi Grobami Wojennymi.

Totenburg znajduje się na wschód od centrum miasta, na północnym zboczu wzgórza Niedźwiadki na wysokości ok. 510-530 m n.p.m. Obydwa zdjęcia z końca lat 30. XX wieku.
Inne formy oddania hołdu tym, co polegli na froncie, to różnego rodzaju tablice pamiątkowe i honorowe (Gedankentaffel, Ehrentaffel) – nie tylko te umieszczane na głazach, ale przede wszystkim te znajdujące się na cmentarzach.

Znajdziemy je na wielu cmentarzach poniemieckich, m.in. w Leśnicy (Wrocław), Szczytnej k. Kłodzka oraz w kościołach. Przykładem takiego kościelnego epitafium może być to z Sośnicy koło Kątów Wrocławskich. Upamiętnia ono poległego Ludwika Scholza (kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego).

W kościołach i na kościelnych murach umieszczano również tablice z nazwiskami poległych na froncie. Ich przykłady obejrzeć można w stolicy województwa dolnośląskiego. Na południowej ścianie południowej wieży wrocławskiej katedry znajduje się tablica z nazwiskami 10 żołnierzy (kamieniarzy, którzy brali udział w budowie, a których później powołano do wojska), zaś w kościele Opatrzności Bożej we Wrocławiu po bokach ołtarza zobaczyć można tablice z nazwiskami poległych.

Jedną z bardziej widocznych tablic tego typu można spotkać w Kwietnie nieopodal Środy Śląskiej. W bocznej ścianie kościoła znajdującego się w tej miejscowości jest duża, bo blisko dwumetrowa tablica. Znajdują się tam nazwiska poległych w walkach z Kwietna i kilku okolicznych miejscowości: Dębica, Ligotka, Szymanów, Wrocisławice. Wymieniono tam 59 osób, a ich nazwiska uzupełnione zostały stopniami i datami śmierci.

Są też wreszcie cmentarze. 

Jedne dedykowane, inne – zawierające zaledwie kilka – kilkanaście grobów żołnierzy Wielkiej Wojny. Do tych pierwszych zaliczyć należy najbardziej chyba znany wrocławski cmentarz położony w okolicy parku grabiszyńskiego. Powstał w roku 1923 i do roku 1928 przeniesiono tam szczątki 1016 żołnierzy i oficerów, którzy dostali się do niewoli po bitwie stoczonej 24 października 1917 roku pod Caporetto z wojskami austro-węgierskimi i niemieckimi. Żołnierzy pochowano w oddzielnych mogiłach.

Cmentarz Żołnierzy Włoskich na wrocławskim Oporowie / fot. Wiśnia, 10 kwietnia 2009 roku (cc-by)
Każda z mogił ma kamienny nagrobek, który zawiera podstawowe dane pochowanego żołnierza: imię, nazwisko, datę urodzenia, datę śmierci oraz przydział służbowy O ile ten wrocławski cmentarz żołnierzy włoskich jest znany i zadbany, o tyle o cmentarzu w Dzierżoniowie niewiele osób wie i pamięta.

Było to miejsce spoczynku dla zmarłych w lazarecie i dla jeńców, dzisiaj prawie nie istnieje i trzeba się sporo natrudzić, by znaleźć jego pozostałości. Na tym cmentarzu pochowano 115 zmarłych żołnierzy z różnych krajów (Niemcy, Rosja, Austria, Serbia i Rumunia). W 1923 roku na terenie cmentarza odsłonięto pomnik poświęcony poległym na frontach I wojny światowej mieszkańcom Dzierżoniowa.

Widoczne są nadal upamiętnienia ofiar walk na wrocławskich cmentarzach. Na cmentarzu osobowickim ok. 100 metrów przed kaplicą cmentarną zaraz przy głównej alei ciągną się kwatery żołnierskie z lat 1916-1918. Wszystkie umiejscowione tam groby mają jednakowe, żelazne, odlewane krzyże z nazwiskiem, stopniem wojskowym i datą zgonu. Przypuszcza się, że są to mogiły żołnierzy z lazaretu. Wskazują na to nazwiska zmarłych: są wśród nich i niemieckie, i … rosyjskie (!). Potwierdzeniem tej hipotezy są także różne daty zgonu poszczególnych żołnierzy.

W powstałym na początku XX wieku cmentarzu na obecnej ulicy Lotniczej (Nowy Cmentarz Żydowski) pamiątki po I wojnie światowej znajdziemy w centralnej jego części. W 1920 wydzielono specjalne pole honorowe dla uczczenia żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy zginęli podczas I wojny światowej. W jego centrum znajdował się pomnik, na jego bocznych ścianach na 8 tablicach wyryto nazwiska 432 poległych żołnierzy.

Także cmentarz na ulicy Bardzkiej we Wrocławiu (Cmentarz Ducha Świętego) wprawnym obserwatorom przypomni o Wielkiej Wojnie. W roku 1922 na owalnym placu tego cmentarza stanął pomnik ofiar I wojny światowej. Składał się z czterech kolumn wykonanych ze sztucznego kamienia, zwieńczonych krzyżami, a na pomniku umieszczone zostały nazwiska poległych na wojennych frontach parafian. Pomnik, chociaż mocno uszkodzony, zachował się do dzisiaj. Jest tutaj też kilka grobów tych, którzy stracili życie na froncie.

Tak naprawdę jednak na wszystkich cmentarzach, których powstanie sięga przed 1939 rok, można odnaleźć podobne pamiątki. Znajdują się one także w tych miejscach, które dawniej taką funkcję pełniły. Przykładem może być Szczytna. W tej niewielkiej miejscowości położonej obok Kłodzka, gdzie na przykościelnym placu, znajduje się grób podporucznika rezerwy Gotfrieda- Hermanna von Lindheim, kawalera Krzyża Żelaznego I klasy. Jest bardzo dobrze zachowany i nadal można odczytać nazwisko poległego z nagrobnej płyty.

Wielu obiektów w tym artykule nie ma.

Oczywiście wskazane tutaj miejsca to zaledwie niewielka część tego, co pozostało. O wielu zapewne nie wiemy i być może kiedyś zostaną odkryte, tak jak np. pomnik w Wilczycach. Jeśli tak się stanie, pozostaje mieć nadzieję, że odkrywcy tych powojennych pamiątek postąpią z nimi tak, jak mieszkańcy Wilczyc. Wszak to ważne dziedzictwo tych ziem i świadectwo ich zawiłej historii.

✎ Jolanta Kluba, 2014

Źródła:
- www.kostomloty.pl/gmina-od-a-do-z.html www.prw.pl/articles/view/23268/Odkyto-pomnik-ofiar-I-Wojny-Swiatowej
- www.przewodnik-wroclawski.blogspot.com/2012/07/pomnik-polegych-w-i-wojnie-swiatowej-na.html
- Śnieżek T., Kiełczyński zakątek, Nieznane zakątki powiatu dzierżoniowskiego i Ziemi Dzierżoniowskiej. Zeszyt historyczno- krajoznawczy, nr 1, Dzierżoniów 2001, s. 11-16
- Śnieżek T., Dzierżoniowskie pomniki poległych, Nieznane zakątki powiatu dzierżoniowskiego i Ziemi Dzierżoniowskiej. Zeszyt historyczno- krajoznawczy, nr 2, Dzierżoniów 2002, s. 5-16
* Burząc pomniki, oszczędzajcie cokoły. Zawsze mogą się przydać - Stanisław Jerzy Lec



W Twojej okolicy znajduje się podobna pamiątka?

A może tam była jeszcze jakiś czas temu, zaś dzisiaj nie ma po niej śladu? Podziel się z nami swoją wiedzą, wiadomościami i zdjęciami, a my opublikujemy to na blogu albo w kolejnym numerze kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. Napisz: redakcja@przystanekd.pl

Z rąk do rąk, czyli 500 lat Reformacji na Dolnym Śląsku

września 23, 2017
Pięćset lat temu na Dolny Śląsk dotarł nowy nurt religijny: Reformacja. Przyniósł ze sobą nowe podejście do wiary, kościoła, powinności wobec Boga. Tezy Lutra, dobitne, dla niektórych brzmiące jak okrzyk „Król jest nagi”, zyskiwały coraz większe rzesze zwolenników.


23 października 1523 Johannes Heß wygłosił w kościele Marii Magdaleny (na zdjęciu) pierwsze we Wrocławiu kazanie ewangelickie i mimo sprzeciwu kapituły katedralnej wkrótce został jego proboszczem. Odtąd będący własnością rady miejskiej kościół był świątynią protestancką. Według niektórych źródeł mogło to być pierwsze kazanie na Śląsku. Inne przyznają pierwszeństwo M. Hoffmanowi, który miał to zrobić już w 1518 roku w Nowym Kościele / fot. Barbara Maliszewska (cc-by-sa)

Spokojne początki

Idea trafiła na podatny grunt: luteranizmem nasiąkała młodzież studiująca w Witteneberdze, gorliwymi apostołami byli augustianie i franciszkanie z klasztorów należących do prowincji saskiej – i to właśnie mnisi z tych zakonów we Wrocławiu jako pierwsi przeszli na protestantyzm. Osobista przyjaźń wiązała także z Lutrem wrocławskich księży-reformatorów, Jana Hessa i Ambrożego Moibana.

W 1519 roku we Wrocławiu zaczęto drukować kazania i pisma Lutra, w ciągu kilku kolejnych lat miasto to stało się centrum druku i sprzedaży książek luterańskich. Duży wkład w podstęp Reformacji na Dolnym Śląsku mieli biskupi wrocławscy, znane są nazwiska Jakuba Salzy (1520-1539), który czuł się biskupem i katolików, i protestantów oraz udzielił pierwszych zatwierdzeń na kaznodziejów, czy jego poprzednika, „najlepszego biskupa stulecia” (opinie Lutra i jego najbliższego współpracownika, Melanchtona) – Jana Turzo (1506-1520).

Biskup Jan Turzo był ciekawą, pełna sprzeczności osobą. Z jednej strony mecenas uczonych i artystów, dobroczyńca studiującej młodzieży i gorący orędownik reform w kościele, organizator reformistycznych synodów, działacz na rzecz reformy szkolnictwa parafialnego, wielki znawca sztuki, kolekcjoner, z drugiej – otaczający się luksusem i przepychem władca renesansowego dworu. 

Podobnie rzecz się miała w okresie zwierzchnictwa biskupa Baltazara z Promnicy (1539-1562), który jawnie sprzyjał luteranizmowi i uważał się – podobnie jak Salza – za zwierzchnika duchownych katolickich i luterańskich, żadnych nie dyskryminując, nie napominając. W efekcie działalności i nastawienia biskupów wrocławskich Melanchton nazwał Kościół wrocławski „najspokojniejszym Kościołem na terenie ówczesnej Rzeszy niemieckiej”.

Tyle w sferze mentalnej, „ulotnej”. Co działo się dalej? Nowa wiara rozpowszechniała się na kolejnych obszarach i zostawiała za sobą trwałe ślady. W księstwie świdnicko-jaworskim, brzesko-legnickim i głogowskim katolicyzm został zdziesiątkowany. Podobnie w dwóch księstwach biskupich – Grodkowie i Nysie.

Wielkimi protektorami luteranizmu byli: książę ziębicki i oleśnicki Karol I (1476-1536) i książę brzeski i legnicki Fryderyk II (1480-1547). Pierwszy na protestantyzm nie przeszedł, drugi – w 1523 roku zerwał z kościołem katolickim i opierając się na prawie książęcym ius circa sacra (prawo do rzeczy świętych) i na prawie patronatu, narzucił siłą obu księstwom protestantyzm. Usunięto duchownych katolickich, majątki kościelne i klasztorne przeszły na własność księcia.

Reformy w sferze religii, nowe rozumienie prawd wiary i nowe formy jej wyznawania znalazły odzwierciedlenie w architekturze i sztuce sakralnej. Zaczęło się od tego, że to Bóg i jego słowo, wiara i wierność jej zasadom stało się najważniejsze, na dalszy plan spychając bogatą „oprawę” tak powszechną w kościołach katolickich.

Jedni reformatorzy byli w swych poglądach bardziej, inni mniej skrajni. Jedną z pierwszych rzeczy wziętych pod lupę kwestii było miejsce kultu, czyli „kościół”. Wszak Jezus powiedział: „…gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam jestem wśród nich” (Mt 18,20) – miejsce więc nie ma znaczenia!

Zurychski reformator Zwilgle uważał, że konieczne jest jedynie głoszenie słowa bożego, więc nie jest niezbędne ani specjalne miejsce kultu, ani ołtarz, a dzieła sztuki i muzyka kościelna nie ma żadnego znaczenia dla gminy (co nie znaczy, że zakazywał sztuki czy muzykowania). Nurt ten na obszarze Dolnego Śląska i Łużyc był nieznany.

Kalwin uznawał potrzebę istnienia miejsca spotkań o charakterze sakralnym, lecz miało to być miejsce pozbawione wszelkich okazałych i kosztownych ozdób – jedyną ozdobą świątyni miała być skromność, pobożność i cnoty ludzi w niej zgromadzonych.

Dlaczego o tym piszę? Żeby wyjaśnić znane przypadki opróżniania przejętych kościołów z wyposażenia i ozdób. Dla Lutra kształt budowli oraz wszelkie „ozdobniki” kultu (obrazy, ozdoby, muzyka) były „adiaphora” czyli obojętne, ani dobre, ani złe, a samo wyznaczenie miejsca spotkań – zboru, „kościoła” - stanowiło odpowiedź na „niedoskonałość ludzkiej natury”, jego istnienie miało znaczenie czysto pedagogiczne.

Idzie nowe, wraca stare

Często zdarzało się, że cała parafia, wraz z księdzem, postanawiała przyjąć Reformację, ale sam kościół jako budynek pozostawiano bez zmian - było to bardzo częstą praktyką. Bywało też, że część wyznawców przyjmowała Reformację, cześć pozostawała przy katolicyzmie, a istniejący kościół służył równolegle obu wyznaniom (stąd „kościoły symultaniczne” czyli Simultankirche).

Nurt Reformacji na Dolnym Śląsku był spokojny, łagodnie opływał na przestrzeni lat kolejne miejsca. Wierni poszczególnych wyznań zgodnie współegzystowali, dogadywali się świetnie duchowni w parafiach - dopóki nie mieszano w to zasady cuius regio, eius religio czyli "czyj kraj, tego religia".  Gdy ją wmieszano - dochodziło do sytuacji, gdy raz protestanci przejmowali świątynie od katolików, raz – katolicy odbierali je protestantom. Mury pozostawały te same, zmieniali się ludzie i wyposażenie.

Zaglądając do kościołów, czytając ich historię wypisaną na tablicach informacyjnych czy w przewodnikach, czasem można trafić na informację, że ten czy ów kościół przechodził z rąk do rąk; że wyposażenie nie jest oryginalne, bo to pierwotne zostało usunięte, gdy kościół przejęli protestanci, że wywieziono je w inne miejsce i nigdy już nie wróciło lub – odwrotnie – że świątynia była wybudowana jako ewangelicka, przekazano ją katolikom i na przestrzeni lat wzbogacano jej wystrój. 

W całym tym zamęcie niemal na 100% w świątyniach pozostały na swoim miejscu trzy elementy (tzw. „triada liturgiczna”), wspólne, nienaruszalne dla obu wyznań: ołtarz i chrzcielnica (wg doktryny protestanckiej rangę sakramentu ma jedynie chrzest i Wieczerza Pańska) oraz ambona.

Katolicy, opuszczając kościół, zwykle zabierali ze sobą obrazy, rzeźby, księgi czy naczynia liturgiczne, ewangelicy zaś w większości miejsc pozostawiali po sobie coś, co nazywano "Biblią dla ubogich" (Biblia Pauperum): na emporach umieszczano obrazy – sceny ze Starego i Nowego Testamentu wraz z tzw. "adresem biblijnym", czyli numerem księgi, rozdziału i wersetu, który opisywał namalowaną scenę. Szczególnie cenny wystrój wnętrz zachował się do dziś w Pielgrzymce, Nowej Wsi Grodziskiej, Pogorzeliskach, Kościelcu – warto odwiedzić te miejsca.

W kontekście budownictwa sakralnego ważne są dwa momenty dziejów protestantyzmu na Dolnym Śląsku. Pierwszy - czas zawarcia pokoju westfalskiego (1648), kiedy to śląscy ewangelicy uzyskali prawo do wybudowania trzech kościołów, nazwanych później "Kościołami Pokoju": w Głogowie (nie istnieje, spłonął od uderzenia pioruna), w Jaworze oraz w Świdnicy.

Kościół Pokoju w Jaworze / fot. Marek Tramp
Kościół Pokoju w Świdnicy / fot. Dariusz Iwaniec
Drugi ważny czas dziejów to okres, gdy po latach spokojnej koegzystencji obu wyznań Habsburgowie – właśnie na zasadzie cuius regio, eius religio – zaczęli masowo odbierać ewangelikom ich świątynie, zapoczątkowując tym samym exodus ewangelików do suwerennych księstw, które pozostały przy protestantyzmie. Były to księstwa: brzeskie, oławskie, legnickie oraz miasto Wrocław.

Wówczas to pojawiły się pojęcia takie, jak "kościół ucieczkowy" (na obszarze Dolnego Śląska i w rejonach bezpośrednio z nim graniczących zachowało się ich około 110) i "kościół graniczny" czyli Grenzkirche (tych zostało jeszcze kilkanaście).

Kościołami ucieczkowymi były z reguły opuszczone przez katolików kościoły leżące przy granicy. Adaptowano je dla potrzeb ewangelików (często przeprowadzano szybkie prace zabezpieczające czy remontowe), dodawano charakterystyczne empory, pozwalające pomieścić jak największą liczbę wiernych. Często owe empory były dziełami sztuki snycerskiej czy – jak wspomniałam wyżej – istną galerią obrazów.

Wyznawcy docierali w te miejsca, na wspólną modlitwę czasem z dużych odległości. Wśród kościołów ucieczkowych można wymienić kościół w Krzywej koło Bolesławca, Twardocicach, Pielgrzymce, Proboszczowie, Nowej Wsi Grodziskiej koło Złotoryi, Starych Drzewcach , Kościelcu, Trzęsowie, Gawronkach, Orsku, Kębłowie, Wąsoszy, Szlichtingowej, Obornikach Śląskich.

Kościoły graniczne w większości wznoszono od podstaw. Nie miały one podziału na nawy, obszerne wnętrza zabudowywano kilkupiętrowymi emporami, z reguły posiadały bogaty wystrój malarski i ambonę usytuowaną tak, by słowo boże było słyszalne w każdym miejscu kościoła. Czasem ambona łączyła się z ołtarzem (mówi się wtedy o Kanzelatlar – ambonie ołtarzowej.

Kościół w Krzywej koło Bolesławca / fot. Bogdan Adler
Ruiny kościoła w Proboszczowie / fot. Bogdan Adler
Kościół św. Jana Nepomucena w Pielgrzymce, niegdyś ucieczkowe / fot. Marek Tramp

Zapomniana współczesność

Dziś często, tak jak i kościoły ucieczkowe, zatraciły one swój specyficzny charakter, bowiem po 1945 roku wszystkie znalazły się w rękach katolików. Niektóre, jak ten w Jałowcu czy Pobiednej, zniszczone przez mieszkańców po 1945 roku, padły ofiarą niedouczenia nowych włodarzy tych ziem, którym to protestantyzm kojarzył się z Niemcami, Niemcy zaś byli "pokonanymi wrogami" i "okupantami", a więc wszystko, co niemieckie należało unicestwić. Bez wyjątku. Na przykład kościół w Wieży koło Gryfowa Śląskiego został podpalony w 1946, ruiny dotrwały roku 1967, wówczas je rozebrano. Ocalał tyko dzwon, wywieziony do Bambergu nad Menem.

Kolejne kościoły graniczne były w Wolimierzu, Giebułtowie koło Mirska (jeden z najcenniejszych, niestety – dokonano tu karygodnych zniszczeń w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to włodarze parafii katolickiej zadecydowali m.in. o rozebraniu empor), w Biedrzychowicach, Kościelniku, Lubaniu (obecnie kościół luterański), Tomisławiu, Lipnie, Wesołej koło Bolesławca, Trzmielowej koło Lubina, Śmieszkowie koło Sławy Śląskiej, Złotnikach.

Wzmianki o tym, że działający dziś jako katolicki kościół był kiedyś "ucieczkowym" czy "granicznym", spotyka się bardzo rzadko, w pojedynczych zachowanych dokumentach. Kwestii kościołów ewangelickich i poewangelickich długo nie poruszano. Były, a jakby ich nie było.

Dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nieżyjący już podróżnik i działacz PTTK, prof. Krzysztof R. Mazurski, sporządził pionierską inwentaryzację tych obiektów na Dolnym Śląsku i opublikował ją w czterech kolejnych numerach Informatora Krajoznawczego (wydawanego przez Wrocławski Oddział PTTK; chodzi o numery z roku 1989 i 1990).

Dziś oczywiście jest ona już w dużym stopniu nieaktualna, choćby dlatego, że w ciągu tych ponad 25 lat, które minęły od tamtego czasu, niektóre kościoły odbudowano, innym zmieniono funkcję na niesakralną, a jeszcze inne popadły w całkowitą ruinę. Daje jednak pewien obraz problemu.

Przystanek Dolny Śląsk nr 3(16)/2017 jesień (artykuły dostępne bezpłatnie)
Niniejszy artykuł miał skrótowo pokazać to, co się odcisnęło ślad na architekturze sakralnej Dolnego Śląska na przestrzeni kilku wieków, gdyż jesienny numer kwartalnika "Przystanek Dolny Śląsk" zdecydowaliśmy się w dużej części poświęcić właśnie pięćsetleciu Reformacji. Chcemy zachęcić Was do innego spojrzenia na miejsca, które znajdują się na trasach wędrówek. Głodnych informacji zapraszamy do lektury kolejnych artykułów, wpisów na naszym blogu, na profil na facebooku oraz do grupy "Przystanek Dolny Śląsk", w której grono zapaleńców dzieli się zdjęciami i informacjami na temat miejsc, o których istnieniu większość wciąż nie ma pojęcia. Temat trudno wyczerpać, dlatego liczymy także na Wasze odkrycia i informacje: redakcja@przystanekd.pl

✎ Iwona Błach, 2017
Obsługiwane przez usługę Blogger.