Featured

12/recent

Mock. Pojedynek


Wrocław, piątek 3 listopada 1905 roku,
godzina dziewiąta wieczór

Mock wstał ciężko od swojego stolika i odsunął krzesło, na którym jeszcze przed chwilą siedział dwunastoletni Hugo Nitschmann, syn jego gospodyni i brat kryminalisty Adolfa. Student zamknął zeszyt z łacińskimi odmianami, których znajomość był przed chwilą egzekwował od swojego ucznia, i otworzył okno, by wywietrzyć dym z papierosów.
Do pokoiku weszło wyjątkowo ciepłe jak na tę porę roku powietrze zmieszane z odorem stęchłej serwatki, który dochodził z sąsiedniej mleczarni.
Mock był zmęczony po całym dniu wykładów i korepetycyj. Entuzjazm, jaki dziś poczuł w ogrodzie konwiktu, gdzieś się ulotnił. Spojrzał na stos kartek z tłumaczeniem Pasierbskiego i poczuł niechęć do sprawy „cudownego dziecięcia”. Owszem, znalazł tam jeden i czy dwa interesujące tropy, ale sprawdzenie ich wymagało przynajmniej tygodnia intensywnych studiów. Nie chciał ich dzisiaj zaczynać, choć boleśnie brakowało mu czasu. Nadeszła jedna z rzadkich chwili, gdy nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
Oto na ratuszu wybija dziewiąta wieczór – myślał. – Niektórzy moi koledzy rozpoczynają wieczorne swawole, a ja czym mam się zająć? Znękany po całym dniu jak zwierzę pociągowe, mam teraz przygotowywać się do jakiejś debaty, w której mój udział jest niepewny, a może się skończyć wielką kompromitacją? I wtedy co? Czyż Natasza obdarzy mnie cieniem swojego zainteresowania?
Nagle pojął, że najzwyczajniej się nad sobą użala. Nie znosił tego. Ze złością odsunął kartki, na ramiona narzucił płaszcz i z papierosem w kąciku ust wyszedł na miasto. Szedł w stronę Rynku wąską Stockgasse[1] – nie wiedział dokąd ani po co.
Rozprostować kości – myślał. – Przejść się po Rynku, zapalić, pomyśleć…
Obojętnie mijał stojące w bramach wymalowane jaskrawo kobiety, które się do niego wdzięczyły. Kiedy przeskoczył rynsztok płynący od bocznej uliczki Nadlergasse[2], jedna z nich, wysoka i zgrabna, zastąpiła mu drogę.
– Może pójdziemy na stronę, panie ładny? – Uśmiechnęła się zalotnie.
W skąpym świetle padającym z okien na parterze jednej z krzywych starych kamieniczek wyglądała bardzo ponętnie. W rozpięciu płaszcza widział jej pełne piersi, które napierały na białą bluzkę. Duże lśniące czerwone usta odsłaniały równe, ładne zęby. Była jeszcze młoda, nie zniszczona przez ulicę.
Mockiem owładnęły prawie jednocześnie dwa uczucia – najpierw pożądanie napięło mu spodnie, a potem nagle ustąpiło wraz ze świadomością finansowej niemocy. Nie stać go było na prostytutkę – nawet z tej podłej dzielnicy.
Dziewczyna patrzyła na niego zachęcająco. Jego męska duma nie pozwalała mu powiedzieć jej, że nie ma pieniędzy, a jednocześnie nie chciał od niej odchodzić. Biło od niej przyjemne ciepło rozgrzanego ciała. Pewnie siedziała w jakiejś knajpie przy piecu – pomyślał.
– Jest pan miłym młodzieńcem – szepnęła. – Mogę panu policzyć tylko pół ceny…
I wtedy Mock usłyszał w uszach dzwonki alarmowe. Jeszcze nigdy nie spotkał tak ładnej prostytutki, która by z własnej woli i bez żadnych targów obniżyła swoje honorarium o połowę. Owszem, tak mogłoby się stać nad ranem, gdy brzydkie ladacznice popadały w desperację i oddawały się byle komu za pół darmo. Tymczasem był dopiero wczesny wieczór, a ta kobieta wyglądała jak rozgrzana nimfa.
Dziwne – pomyślał w popłochu. – Coś tu jest nie tak! Trzeba stąd zmykać, i to szybko!
Było już za późno. I za nim, i przed nim stało po dwóch mężczyzn, każdy z nożem w dłoni. Kobieta gdzieś zniknęła. Typowa sytuacja na wabia. Słyszał o takich, ale ich jeszcze nie doświadczył.
– Dawaj forsę, wymoczku, i spadaj! – warknął jeden z bandytów.
Mock czuł dziwny spokój. Cofnął się i oparł o mur kamieniczki. Pod stopami poczuł klapę piwniczną. Ona była jego jedyną nadzieją.
Zachodzili go ze wszystkich stron. Nagle jeden z nich schował nóż.
– Zostawić go! – krzyknął. – Od jest od Rzeźnika…
Trzej mężczyźni usunęli się w cień bramy, a wydający rozkaz niewysoki, muskularny człowiek zbliżył się do Eberharda. Teraz było dokładnie widać jego podwójnie złamany daszek od czapki cyklistówki. Mock poznał jego gniewne, a jednocześnie drwiące spojrzenie. Ptaszyna.
– Czemu tego nie powiedziałeś? – zapytał cicho, wyciągając papierośnicę w kierunku studenta.
Mock poczuł, że dopiero teraz – kiedy już niebezpieczeństwo znikło – jego ciało ogarnia drżenie. Nie mógł go opanować.
– Czego? – Mock drżącymi palcami wyjął papierosa. – Czego nie powiedziałem?
– Że jesteś od Rzeźnika – rzekł Ptaszyna i zwrócił się do kumpli stojących w cieniu bramy: – Bracia, ten chłopak nie jest wydyganiec! Mógł powiedzieć, że jest od Rzeźnika, a on nic… To charakterny bursz!
Kumple Ptaszyny podeszli do Eberharda i każdy z nich podał mu dłoń. Czuł ich sękate palce, widział napięte mięśnie przedramion i więzienne tatuaże. Nie mógł powiedzieć im prawdy – że zapomniał, iż jedno zdanie: „Jestem od Rzeźnika”, jest jego glejtem w tych dzikich zaułkach.
– Chcesz dziewczynę za darmo? – zapytał jeden z nich. – Nie na całość, ale może ci nadmuchać balonik… Chcesz?
Mock skinął głową.
Po chwili stał z dziewczyną na podwórku jednej z kamieniczek. W kąciku jego ust dymił papieros. Rozpierała go duma. Oto cieszy się szacunkiem, oto za chwilę piękna kobieta będzie klęczeć u jego stóp! Po co mu ta cała debata? Po co mu te korepetycje, ten uniwersytet ze swoimi sztywnymi zachowaniami, z tą całą pompą? Po co mu te subtelne problemy, które blakną wobec ciepłej świńskiej rozkoszy, jaką mu zaraz da ta księżniczka nocy?
Dziewczyna kucała przed nim i rozpinała mu spodnie. Nagle zapaliło się światło na korytarzu kamieniczki i Mock zobaczył jej twarz. Syknęła z irytacji.
I wtedy dostrzegł smugę na jej białej bluzce. Tłustą plamę o żółtych brzegach. Jakby się do niej przykleił pomidor z sałatki, jakby oliwa się wylała, kiedy kobieta leżała na stole, a ktoś ją brał a tergo[3].
Brudna, pognieciona bluzka, pewnie ze śladami potu pod pachami – myślał. – Natasza by takiej nigdy nie włożyła…
Chwycił ją za włosy i odsunął, zanim się wszystko zaczęło. Spojrzała na niego z dołu ze zdziwieniem pomieszanym z gniewem.
– Nie bój się – szepnęła. – To tylko ktoś światło w kiblu zapalił… Za chwilę będzie tu cicho i przyjemnie…
Pogłaskał ją po policzku, zapiął spodnie i szybko wyszedł z podwórza.


[1] Obecnie ul. Więzienna.
[2] Obecnie ul. Igielna.
[3] Od tyłu (łac.).

Życie Eberharda Mocka – syna ubogiego szewca z Wałbrzycha – toczy się w murach uniwersytetu i w brudnych, wilgotnych zaułkach wielkiego miasta. Trawiony niedostatkiem i wzgardzony przez innych studentów, ukojenia szuka w studiowaniu dźwięcznych łacińskich kadencji, a rozrywki – w kuflu taniego piwa i w ramionach sprzedajnych dziewcząt. Kiedy wydziałem filozoficznym wstrząsną kolejne samobójstwa wykładowców, a w jego życiu pojawi się tajemnicza rosyjska studentka, Mock przekona się, że zło może kryć się wszędzie – i pod podbitymi gronostajem togami profesorów, i w brudnych wychodkach plugawych dzielnic. Jeszcze nie wie, że wkracza na drogę, z której nie ma powrotu.

Już w środę, 22 sierpnia premiera nowej książki Marka Krajewskiego "Mock. Pojedynek". A jeszcze przed tym, w poniedziałek 20 sierpnia przedpremierowe spotkanie autorskie w Empiku we wrocławskiej Renomie!

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.